niedziela, 20 maja 2012

Chu Nhat, 20 Thang Nam 2012


       Panowie zabrali mnie na mecz. Domyślałam się, że nie będziemy siedzieli na zwykłej trybunie – w końcu nie są to zwykli mieszkańcy tego miasta, ale to gdzie siedzieliśmy przerosło moje domysły. Trybuna VIP wygląda inaczej niż ta, na której zazwyczaj siedzę swoim mieście. Tutaj są to wygodne krzesełka a najlepsze jest to, że siedzą na niej sami radni/ rządcy/ włodarze + ja oraz kilka zawodników, którzy nie grali.
   2 rzędy przede mną siedzieli najważniejsi – stół przykryty obrusem oraz woda w szklankach, (co kilkanaście minut uzupełnianych przez sympatyczne panie). Przed bramką prowadzącą na tą trybunę policja (raczej żołnierz, ale nie mogłam się dogadać w tej sprawie z moim kursantem).

   W „naszej drużynie” kilku zagranicznych piłkarzy, z czego jeden, jak donosi wikipedia, skazany na 2 lata za przestępstwa seksualne w Norwegii. Niby superliga a jednak mecz dość wolny – czasem tylko się przebudzali i były bardzo szybkie i ciekawe akcje. Wygraliśmy 2: 1 - jeden gol zdobył niezwykle szybki i zwinny zawodnik z nrem 80 - Sunday C. Emanuel (Nigeria) a drugi Wietnamski zawodnik z nrem 19 po dośrodkowaniu 80tki. Tutaj można sobie poczytać ;) o dzisiejszym meczu.

Chu Nhat, 20 Thang Nam 2012


       Podczas pewnego szkolenia Ho Chi Minh prowadzący powiedział, że lepiej niczego nie oczekiwać, bo wtedy nic nas nie zawiedzie. Pomagając innym nie oczekiwać niczego w zamian, dając prezent nie oczekiwać podziękowań czy zachwytu, jadąc w nowe miejsce nie wyrabiać sobie wcześniejszych opinii. Po niespełna 4 dniach w Thanh Hoa myślę, że chyba miał rację – a przynajmniej w jakimś stopniu. W dalszym ciągu oczekuję i będę oczekiwała „dziękuję” za prezent czy przysługę, ale raczej przestanę wyrabiać sobie opinię nt. miejsc/ ludzi itp.
Przyjeżdżając do tego miejsca byłam pewna, że mieszkanie zapewnione przez pracodawcę to normalny pokój z lodówką, szafą, łóżkiem, biurkiem i łazienką – żadne luksusy – po prostu zwykły pokój. Nie byłam przygotowana na brak wody, ale jak widać można się do tego przyzwyczaić. To, że wyłączają wodę przestało na mnie robić wrażenie po 2 dniach, gdy nazbierałam sobie wystarczająco w miskę (mam dostać jeszcze dodatkowy pojemnik) oraz otrzymałam zaproszenie jednej ze studentek do korzystania z jej łazienki. Na uniwersytecie są równi i równiejsi – oczywiście oficjele, których uczę są tymi równiejszymi i ich akademik ma zawsze wodę. Mój akademik ma wodę zazwyczaj rano i przez jakiś czas wieczorem – prysznic biorę, gdy tylko zauważę wodę w kranie ;)

       Dzisiaj zadzwonił jeden ze studentów z pytaniem o moje plany, po czym zaprosił mnie na lunch. Jak się okazało zaprosił też nauczyciela, który mieszka obok mnie (Wietnamczyk z Ho Chi Minh). Na miejscu była jego rodzina a świętowaliśmy 4. urodziny jego syna. Miło, sympatycznie, smacznie i z odwiezieniem do domu. Pan Hung (w/w nauczyciel) powiedział mi, że to się bardzo często zdarza, że zapraszają nauczycieli na lunch czy kolację. Opłaca się obracać wśród oficjeli (każdy to po cichu powtarza).

Gadżety google mówią, że jest 31ºC, strona wunderground.com podaje 34ºC, Wietnamczycy mówią, że jest więcej, i że to bardzo gorąco – nie czuję.

A za 2 h panowie studenci zabierają mnie na mecz piłki nożnej tutejszej drużyny (superliga).

piątek, 18 maja 2012

Thu Sau, 18 Thang Nam 2012


       Wczoraj sobie poobserwowałam 1 zajęcia w po południu pojechałam z jednym nauczycielem do supermarketu. Kupiłam gumowe rękawice i wyszorowałam pokój na łazienkę niestety nie starczyło już wody… O 19 woda znikła i do tej pory jej nie ma… Szlag mnie jasny trafił. Ręce i twarz umyłam wodą do picia a resztę ciała wytarłam mokrymi chusteczkami. Płakać mi się chce ze złości.
A jeśli chodzi o studentów to jest ok. Niektóry pokazują mi, że jestem od nich młodsza a niektórzy traktują mnie jak zwykła nauczycielkę. Może nie będzie to walka o przetrwanie…

Boże! Potrzebuję prysznica!!!!!!!!!!
-----------------------------------------------------------
UPDATE:
       Gdy o 13 okazało się, że dalej nie ma wody to się wkurzyłam. Poszłam do biura i powiedziała, że to nie są warunki do życia. Powiedzieli, że naprawią to po weekendzie a w miedzy czasie mogę spać w pokoju jednej z moich studentek (w 1 budynku kampusu jest woda!), bo ona wyjeżdża na weekend i chętnie da mi klucze.
W między czasie zadzwoniłam jeszcze do szefa, z którym podpisałam kontrakt. Po 3h zajęć zadzwonił do mnie kierownik i powiedział, że szef "zmył mu głowę", i że woda ma wrócić dziś w nocy, przepraszają itp. Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to wtedy będę musiała albo zamieszkać z moją studentką albo przenieść się do innego kampusu (oddalony o jakieś 7-10km).
   Studenci dalej całkiem spoko. Sekretarka powiedziała mi, że jeśli będę miała jakikolwiek problem w mieście lub trzeba będzie coś oficjalnego załatwić, to student w mojej klasie jest oficjelem właśnie z naszego rejonu.

czwartek, 17 maja 2012

Thu Tu, 17 Thang Nam 2012


       Nie chciałabym od razu skreślać tego miejsca lub czegokolwiek przesądzać, ale już pierwsze wrażenie było złe… Niby na mnie czekali, ale jak przyszło, co, do czego to czekałam pod bramą 15 minut, pokój, który dla mnie „przygotowano” był brudny a jakiś mały Wietnamczyk próbował mi wmówić, że pokój został gruntownie sprzątnięty – bzdura! Pościel niezmieniona, podłoga nawet niezamieciona (nawet nie próbuję myśleć, kiedy była zmywana na mokro), lodówka brudna, łazienka koszmar a najlepszy z tego wszystkiego był brak wody. Telefon do człowieka, z którym podpisałam kontrakt – noc w hotelu. To nie jest miejsce, które wybrałabym gdybym wiedziała jak to naprawdę wygląda.
   Klasy niby z klimatyzacją i komputerami, ale ogólnie wygląda to na dużą prowizorkę.
Spotkałam też kierowniczkę kursu… Wymsknęło jej się, że po Jennifer (nauczycielce, która musiała awaryjnie wyjechać) był jeszcze jakiś Peter, który nie wytrzymał tygodnia. Zobaczymy, w co się wpakowałam…
Piękne urodziny sobie zgotowałam. :/

niedziela, 13 maja 2012

Chu Nhat, 13 Thang Nam 2012


       Blog w przyszłym tygodniu zmieni nazwę. W środę wylatuję z Ho Chi Minh City do Thanh Hoa Byłam już całkowicie przygotowana na wyjazd do domu. Kalendarz ma skreślony każdy dzień prowadzący do 17 maja, czyli daty lotu do Polski. Wczoraj zadzwoniłam do agencji ws. anulowania biletu.
W czwartek zadzwoniła do mnie pewna znajoma studentka, że jeśli chcę pójść na rozmowę kwalifikacyjna to właśnie pilnie poszukują nauczyciela w centrum językowym na uniwersytecie w Thanh Hoa – mieszkanie zapewnione – tylko tyle wiedziała. W piątek pojechałam na spotkanie i już w czasie rozmowy zaproponowano mi pracę i w zasadzie 1 dzień do namysłu. Kontrakt na 6 miesięcy z możliwością przedłużenia, pokrywają koszty przelotu oraz całkowity koszt zamieszkania. Praca 20-22h tygodniowo, 10km do plaży całkiem niezłe zarobki, uczniowie od poziomu elementary – pre-intermediate, (czyli podstawowy) do upper-intermediate – advanced (zaawansowany) – celem jest zaliczenie egzaminu IELTS.
W tym momencie Polska na horyzoncie w okolicach listopada…

czwartek, 10 maja 2012

Thu Nam, 10 Thang Nam 2012


       Wczoraj skończyłam kurs z jedną grupą – zaprosili mnie na pożegnalną kolację w najbliższy poniedziałek.
Dziś skończyłam zajęcia z kolejną grupą – jeden z uczniów powiedział: „Panno Mario, jesteś najlepszą nauczycielką angielskiego, jaką do tej pory miałem.”
Tylko 1 zdanie a uśmiech od ucha do ucha, a z dumy urosłam o kilkanaście centymetrów.
Jedna z uczennic zaproponowała wspólny wypad na targ po jakieś owoce, które mogłabym zabrać do Polski.
Bardzo miłe zakończenie kilku kursów!

ZAPOMNIAŁAM!

Michał oraz Zmorka – mieliście rację – makaron, a dokładniej noodle ryżowe z tapioką. :D

poniedziałek, 7 maja 2012

Thu Hai, 7 Thang Nam 2012


       Większość ludzi, którzy dowiadują się, że jestem w Wietnamie reaguje tak samo: „Gdzie???”
Zanim wyjechałam część ludzi reagowała tak: „Wietnam? Przecież to koniec świata! Trzeci świat! Wietnamczycy przyjeżdżają do pracy do Polski a Ty jedziesz do nich?”
Ja nastawiałam się na kompletnie inną rzeczywistość niż Polska i rzeczywiście tak jest. Ludzie żyją tutaj innymi priorytetami, kuchnia też jest zupełnie inna. Pozorny bałagan ma w sobie sens, który widać dopiero, gdy zamieszka się tutaj a nie wpada na kilka dni. Poza tym Wietnam to nie trzeci świat… Drogi mają lepsze niż Polska. 3 dni temu widziałam lekko pofałdowaną jezdnię w pobliżu mojego domu. Wieczorem została zdarta wierzchnia warstwa a gdy wracałam ok. 22 stały już maszyny oraz 6 ciężarówek asfaltu. Następnego dnia naprawiony był ok. kilometr na ¾ szerokości oraz zdarta nawierzchnia na kolejnym kilometrze. Da się naprawić główną drogę w środku nocy! Ciekawe, kiedy Polacy do tego dojdą…

czwartek, 3 maja 2012

Thu Nam, 3 Thang Nam 2012


       W długi weekend (przypada mniej więcej w tym samym czasie, co w Polsce) udaliśmy się na wycieczkę deltą Mekongu (2 największa na świecie delta). Najpierw posłuchaliśmy na żywo wietnamskiej kapeli zgodnie orzekając, że to zdecydowanie nie nasze (Polska, Niemcy, Indie, Francja) klimaty.

Następnie przepłynęliśmy kawałek łódkami.

Aż do fabryki cukierków robionych z kokosów z różnymi dodatkami – ręczna manufaktura.

Do tego pyton na ramionach dla chętnych.

Po obiedzie dobiliśmy do hotelu w Can Tho. Jedno z największych miast. Tutaj wybraliśmy się z chłopakami na wycieczkę po mieście pamiętając o tym, że 23 zamykają hotel… Trafiliśmy na otwarcie wegetariańskiej knajpy a że Himanshu nie je mięsa ani ryb to postanowiliśmy mu towarzyszyć – jedzenie pierwsza klasa!
Połaziliśmy sobie po nabrzeżu pozując przy pomniku wujka Ho.

Później dobiłam targu kupując portfel za 80k vnd. Po chwili rozmowy dziewczyna poprosiła mnie o maila a ja nieświadomie przestawiłam imię i nazwisko… (dawno nikomu nie podawałam).

O 23 stawiliśmy się do hotelu i po dogadaniu ze stróżem zyskaliśmy 1,5h – z drinkami przed hotelem. Piliśmy colę z lodem i wódką za 25k (kilka centów niż 1$). Wódka bardzo nas zaskoczyła, bo mimo 39% okazała się delikatna – niestety nie udało się jej już kupić.

Następnego dnia pobudka 5.55 i wycieczka na dryfujący targ. Okazało się to zupełnie inną rzeczą niż się spodziewałam. Myślałam, że to będą małe łódeczki z owocami, warzywami, rybami, itp. a to, co zobaczyliśmy okazało się hurtownią owoców i warzyw…


Później udaliśmy się do Chau Doc – miasto na granicy z Kambodżą. Malutkie to jak nie wiem. I jeszcze większe zdziwienie niż w Can Tho – hotel zamykają ok. 21.40…
Nie było innej opcji jak wrócić o tej właśnie porze.
Z samego rana udaliśmy się łódkami do miejsca gdzie mieszkają wietnamsko-kambodżańscy muzułmanie (bardzo rzadko spotykane w Wietnamie).

A następnie na dryfującą fermę ryb. Sporo ludzi mieszka tam na pływających domach – ciekawie to wygląda.

Na koniec pojechaliśmy do pagody zbudowanej w skałach – bardzo ładne miejsce.

Ponieważ nie pamiętam, co dokładnie po czym następowało tutaj dodam jeszcze wizytę w wielkim sadzie owocowym - tutaj ja z dragon fruit.

Oraz fotka z fermy krokodyli. Posiadają ich 15.000 sztuk. Można sobie u nich kupić 1-rocznego krokodyla za 50$, i jak to określiła przewodniczka, trzymać w wannie.

W między czasie byliśmy w jeszcze jednej fabryce/ manufakturze. Ktoś zgadnie, co to jest?

piątek, 27 kwietnia 2012

Thu Sau, 27 Thang Tu 2012


Dzisiaj zdjęcia. Raczej niepowiązane ze sobą.
Zaczynamy z panią od pikantnego papieru ryżowego. Angielskiego nie zna ani troszkę, ale ponieważ ja znam już parę słów po wietnamsku a przede wszystkim znam cyfry to powiedziała mi, że ma 32 lata, jej córka ma 13 lat (wygląda na jakieś 16 – zupełnie bez makijażu) a syn 18. Po chwili przyprowadziła też swoją siostrę, która ma 45 lat (nie wygląda; dałabym jej max 40 lat). Porównały też moją białą skórę ze skórą w/w siostry… Przegrałam! Ona ma bielsze ręce. Nogi mamy takie same. Ja na ulicy kompletnie się nie zakrywam, więc rzeczywiście ręce mi ciemnieją. Wietnamki chodzą tu całkowicie zasłonięte w ciągu dnia (a przynajmniej do ok 16) – upał 37ºC a one w bluzach i kapturach lub kapeluszach.

A to jest właśnie to, co u niej zawsze jemy.

Oraz czasem popijamy (kiedy nie ma 333 lub Sajgon).

To miejsce odkryłam nie dawno. Yougurt Space – 10 minut od mojego domu (tutaj wszystko jest o 10 minut od mojego domu :P). Wg. Wietnamczyków są to mrożone jogurty w rożnych smakach  - wg. mnie i Mateusza są to lody z automatu w różnych smakach. Bierze się kubeczek, samemu wybiera i pobiera ile dusza zapragnie, posypuje, czym chce a potem stawia na wagę i płaci 23.000vnd za 100g.

Kontynuując jedzeniowo. Oprócz pikanych przekąsek czy mrożonych jogurtów można zjeść coś na ulicy:) w gronie znajomych.

Pewnego dnia zaczęłam iść główną ulicą w dół. Ulica zmieniła nazwę a ja nagle znalazłam się w dystrykcie 5 – Chinatown. Sklepy m.in. pełne przypraw – wspaniałe zapachy, których za nic nie mogłam rozpoznać ze 100% pewnością.

Na ulicy można tez spotkać ludzi, którzy sprzedają żywe zwierzęta. Pięknie i ciekawie to wygląda na zdjęciu a w rzeczywistości ludzie stoją na słońcu osłonięci swoimi kapeluszami a zwierzęta ledwo żyją. Pierwszy raz widziałam żeby ptak tak szybko oddychał otwartym dziubkiem…

A tutaj zadbany pas zieleni przed galerią handlowa i rezydencjami. Prawda jest taka, że w HCMC niezwykle dbają o zieleń. CO wieczór można zobaczyć cysterny z wodą polewające równiusieńko przystrzyżone ronda i pasy zieleni oddzielające jezdnia na autostradzie.

A na koniec 1 z lekcji z moimi studentami. Odrobina medycyny. Każdy dostał kość i musieli na tablicy złożyć Jamesa :) W 12 osobowej grupie było 3 lekarzy. :)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Thu Nam, 26 Thang Tu 2012


       Dziś rano skoczyliśmy z Mateuszem do centrum żeby zapłacić za wycieczkę nad deltę Mekongu ( http://mandalay.pl/wietnam/delta-mekongu , http://mandalay.pl/wietnam/delta-mekongu ) i przy okazji wysłać kartki (Zmorka, mam już 1 dla Kubali - napisać coś na niej czy lepsza taka czysta w kopercie?) – oczywiście okazało się, że oboje zapomnieliśmy wziąć adresów. Mimo to postanowiliśmy przejść się na pocztę, bo i tak nie mieliśmy nic ciekawszego do roboty. Po drodze wstąpiliśmy tylko na chwilę do sklepu a tam spotkaliśmy Polkę! :)Co prawda z Australii, ale zawsze Polka. Zapytała nas, gdzie jest jakiś normalny targ (jak już wspominałam Ben Thanh Market – w samym centrum jest bardzo drogi – ceny 3-4 razy wyższe niż powinny). Ludzie w hotelu oraz przewodnik powiedział jej, że w centrum tylko Ben Thanh a tak to do innego trzeba jechać 10 minut samochodem. 
Bzdura, jakich mało! 
Ok. 100 m od Ben Thanh Market znajduje się Saigon Square - niezbyt widoczny, bo za drzewami, w dodatku wygląda jak zwykły butik tymczasem to jest duży targ pod dachem. Ceny zbliżone do normalnych i sprzedawcy są chętni do targowania – czasem nawet 3-4$ w dół przy pierwszej cenie 9$ za spodenki.
       Wietnamczycy są bardzo mili i ciągle się do obcokrajowców uśmiechają, ale nie mają najmniejszych skrupułów żeby kłamać i oszukiwać (chyba, ze jest już między Wami jakaś relacja – np. koledzy pracy, znajomy itp.). Nie tylko na targu z ubraniami – xe om (skuterowa taksówka) też, co najmniej 5-krotnie zawyżone ceny w porównaniu z tym, co jest w moim dystrykcie.

A to zdjęcia zrobione w drodze powrotnej: opera (wybudowana przez Francuzów) oraz fontanna przed operą.

A to mi w duszy gra! :) mmmmm



środa, 25 kwietnia 2012

Thu Tu, 25 Thang Tu 2012


       Wyjeżdżając na te praktyki w Wietnamie przydzielono mi buddy’ego, który miał mi pomagać na początku w podstawowych sprawach – telefon, mapa, pierwszy kontakt z szefem, trasa do pracy. Na początku było ok, nie jakoś świetnie, ale w porządku. A potem poprosił o przysługę – pomogłam. Potem następną – odrobinę pomogłam, ale powiedziałam, że uważam, że to jest wykorzystywanie i projekt ma być jego pomysłem a nie moim – tylko się głupio uśmiechnął i więcej nie poprosił o pomoc. Wiem, że wykorzystał mój pomysł, ale z pomocą innego obcokrajowca – ok, mnie to rybka.
Na ok. 1 miesiąc o mnie zapomniał, a gdy ja potrzebowałam pomocy to on nie miał czasu – skręcona kostka – on nie może pojechać ze mną do szpitala, bo pada deszcz i musi wracać do domu. (Jak poprosiłam o pomoc jego szefową, to znalazł czas, żeby mi pomóc w załatwieniu kul.)
Dziś znów się odezwał – pytał o plany na długi weekend, bo on koniecznie chce żebym ja namówiła innych praktykantów żeby wszyscy poszli z nim (innych Wietnamczyków nie bierzemy) do aquaparku. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale nie mam zbyt wielkiej ochoty szaleć w basenie akurat z nim.

Generalnie mocno mnie od siebie odepchną (ok. 2 tyg. po moim przyjeździe), gdy po tym jak dostał ode mnie na powitanie kubek i koszulką a zobaczył, że mam na ręku gumową opaskę z napisem „I love Polska”. Powiedział „it’s for me, right?” „What? Why?” „You should give me this because I’m your buddy and I want to have something like this” [“To dla mnie, prawda?” “Co? Dlaczego?” “Powinnaś mi to dać, bo jestem Twoim opiekunem i chcę takie coś mieć.”]  Karpik i odpowiedź: “Sorry, not really. It’s only mine.” [„Przepraszam, ale raczej, nie. To jest tylko i wyłącznie moje”]
Taka sama akcja była jak zobaczył, że mam czekoladę z Polski.

Gdy widzę, że do mnie pisze na skypie czy facebooku, lub dzwoni to po prostu nie mam ochoty odbierać…

Żeby nie było, nie tylko ja mam o nim takie zdanie – inni praktykanci podzielają moje zdanie.

sobota, 21 kwietnia 2012

Thu Bay, 21 Thang Tu 2012


       Kilka dni temu wybrałam się w głąb mojego dystryktu. Tym razem nie w prawo od targu a w lewo. W pewnym momencie zauważyłam sklep z kawą. Duże szklane gabloty witające klienta już na ulicy (sklep nie ma drzwi – jest otwarty). Na pierwszy rzut oka kawa a potem dużo herbaty.
  Za pierwszym razem nie udało mi się dogadać z ekspedientkami – nie znam się na kawie i chciałam żeby mi coś poleciły lub chociaż podały zasady kupna (ile trzeba kupić, czy tylko ziarna czy zmielona itp.)
  Za drugim razem w sklepie oprócz ekspedientek był też właściciel i jego rodzina. Właściciel mówił łamanym angielskim, więc zawołał syna (kolejny raz mi się zdarzyło, że rodzice wołają dziecko żeby rozmawiało ze mną po angielsku). Zapytałam chłopca (ok. 10 lat) o zieloną herbatę jaśminową. Nie zrozumiał (nie dziwię się, nauczyciel, z którym rozmawiałam na uniwersytecie też nie wiedział, że jaśmin to „jasmine” po angielsku a co dopiero dziecko). Napisałam na kartce – wtedy zrozumiał jego tata! Nabyłam 0,5kg zielonej herbaty o smaku jaśminowym (zapas na kilka m-cy! Zapach 100% piękniejszy niż to, co kupuję w Polsce). Teraz tylko pozostaje rozpracowanie całej reszty nazw herbat i kolejna wizyta – czuję, że zostawię tam fortunę! Następnym razem spróbuję też zapytać o możliwość degustacji :)

  Co do kawy dla mojej Mamusi (to był pierwotny cel wejścia do sklepu) – zapytałam właściciela, którą kawę poleci, jako najlepszą. Odparł: „jeśli pytasz to oczywiście polecę Ci najdroższą! Ale wszystko zależy do tego, co lubisz.” „Nie lubię kawy! To nie dla mnie.” Przetłumaczył wszystkim po, wietnamsku co powiedziałam i cała rodzina (ok. 7 osób) zaczęła się śmiać – wiedziałam, że tak będzie!

       W temacie dzieci podsyłanych żeby ze mną rozmawiać… W miejscu gdzie zawsze kupuję sobie świeże koktajle owocowe tydzień temu babeczka zrobiła odrobinę za dużo, więc zapakowała mi jak zwykle na wynos i dała jeszcze resztę do wypicia na miejscu. W międzyczasie znikł jej mąż i przyszedł z 12-letnią dziewczynką. Ich córka odezwała się do mnie po angielsku. Co prawda słownictwo na poziomie podstawowym lub początkowym średnio zaawansowanym, ale za to 0 wietnamskiego akcentu! Piękna wymowa!

Innym razem poszłam do sklepu z bielizną. Sprzedawczyni/ właścicielka zawołała syna (ok. 18 lat) – ładny angielski, ale nie to, co dziewczynka od koktajli.

W miejscu gdzie czasem jadam rodzice podprowadzili do mnie chłopca na oko 5-6 letniego – „Hello! How are you? What’s your name?” I tyle było rozmowy – zawstydził się biedny.

Rodzice w Wietnamie stawiają na języki obce (głównie angielski, czasem chiński i japoński – starsze dzieci) mimo, że prywatne lekcje są raczej drogie jak na wietnamskie realia. Mówi się, że średnia płaca w Wietnamie to ok. $150 na miesiąc tj. 3 mln VND. Kurs angielskiego na uniwersytecie gdzie pracuję kosztuje od 2,5 mln w górę.

Wracając do herbaty i kawy!










czwartek, 19 kwietnia 2012

Thu Nam, 19 Thang Tu 2012


       Dziś udałam się do szefa po wypłatę oraz przeprowadzić negocjacje ws. godzin pracy… Sytuacja jest taka, że wg kontraktu mam lekcje 6 razy w tygodniu wieczorami. W praktyce przez 8 tygodni miałam 7 klas (w sobotę rano i wieczorem) z obietnicą wolnych dni w późniejszym terminie. Za 26 dni kończę pracę a za 28 wracam do Polski, dlatego czas było upomnieć się o swoje. Szef zaproponował wolne poniedziałki i pracę w sobotę rano i wieczorem… Sprzeciw! Przecież to nie rekompensuje nadliczbowych 8 tygodni pracy. Zaproponowałam, że przyjmę dodatkową zapłatę za te 8 tygodni – tym razem on się nie zgodził. Ale zrozumiał moje racje. Teraz mam wolne soboty od 11.30, niedziele i poniedziałki. Poniedziałki nie są mi do niczego potrzebne (mój znajomi pracują, więc dłuższego weekendu nie możemy sobie robić), ale nie chciałam żeby wyszło na jego – ekstra 8 tygodni za friko.
       Z okazji sukcesu zafundowałam sobie masaż stóp w SPA obok uniwersytetu.
Masaż stóp okazał się ponad 60-minutowym masażem całych nóg z dodatkowym użyciem gorących kamieni plus masaż głowy. Tak to jest jak nie zna się wietnamskiego a obsługa angielskiego. :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Thu Hai, 16 Thang Tu 2012


       W niedzielę mieliśmy zamiar pojechać na Sajgon Flea Market. Umówiłam się z Vany w 1 dystrykcie i stwierdziłyśmy, że to bardzo daleko i chyba nie chce nam się jechać. W międzyczasie zadzwoniła do nas Yoko, że jest na miejscu i wcale nie jest tak interesująco, więc można sobie darować. Z tej okazji poszłyśmy do Loterii – wietnamski fast food dokładnie taki jak McDonalds z tym, że oprócz frytek i wszelkiego rodzaju burgerów można zamówić też np. zupę lub porcję ryżu z mięsem.
Miedzy jednym a drugim kęsem postanowiłyśmy ominąć Ben Thanh Market – najbardziej popularne wśród obcokrajowców zadaszone targowisko (drogie!) i pójść do Sajgon Square (słyszałam, że to targowisko [pod dachem] jest tańsze i można się swobodnie targować – na Ben Thanh od razu zaznaczają, że ceny są ustalone). Rzeczywiście było tam dużo mniej białych twarzy, ceny niższe a sprzedawcy chętni do targowania (1 kobieta wybiegła za nami i pociągnęła za rękę z powrotem zgadzając się na dużo niższą scenę).
Na tymże targowisku znalazłam gumowe baleriny! 

Oraz całą gamę barw i wzorów legginsów :) Co Ty na to Gabi? Chcesz któreś? Np. zieloną panterę? :)

niedziela, 15 kwietnia 2012

Chu Nhat, 15 Thang Tu 2012

       Najpierw będzie odrobinę targowo i kulinarnie. Ostatnio na pobliskim targu poszłam w prawo zamiast w lewo i napotkałam m.in. takie oto produkty:

Suszone ryby (węgorz + coś jeszcze, czego nie znam – zaskakujące, nieprawdaż?)
Z tego, co się dowiedziałam, to one nie nadają się do jedzenia od tak. Trzeba je jeszcze upiec np. w piasku na ognisku lub np. usmażyć na patelni z innymi dodatkami.



Ponadto mamy jakieś ptaszyska (na 100% nie są to kurczaki).

Małe mątwy (?)

Oraz pięknie powiązane raki! :)

Zaraz przy targu wpadłam z M. na lekka przekąskę – Banh Khot. Wygląda to jak ptasie gniazdo. W środku jest złoty ryż oraz krewetka.

    Później spotkałam się z Xuyen i na straganiku obok jej domu zobaczyłam coś, co wygląda jak białe pomidory (oczywiście to nie są pomidory – nie wiem, co to – Xuy nie potrafiła mi wyjaśnić).

Garaż przetwarzający soję na mleko oraz serwatkę z soi (nie wiem jak to nazwać) – świeżą i zanurzona w oleju na kilka sekund.

Po zakupach spożywczych zabrałyśmy się z Xuy za gotowanie. Warzywo na zdjęciu ( khổ qua - Przepękla ogórkowata) jest z natury bardzo gorzkie, ale jest na to sposób – można przyrządzić z niego Canh khổ qua nhồi thịt.
Najpierw wybiera się cały środek z ziarnami. Po 3 minutach we wrzącej wodzie, wyjmujemy, studzimy i faszerujemy mięsem mielonym zmieszanym z malutką, fioletową cebulą, czosnkiem, solą i pieprzem.

Następnie z powrotem do wrzącej wody na ok. 15 minut. W między czasie dodajemy do wrzącej wody szczypiorek oraz odrobinę pietruszki.

Jemy z ryżem, sosem rybnym z chilli (jak zawsze) i z czym tam jeszcze chcemy – na zdjęciu m.in. tofu i krewetki.