piątek, 27 kwietnia 2012

Thu Sau, 27 Thang Tu 2012


Dzisiaj zdjęcia. Raczej niepowiązane ze sobą.
Zaczynamy z panią od pikantnego papieru ryżowego. Angielskiego nie zna ani troszkę, ale ponieważ ja znam już parę słów po wietnamsku a przede wszystkim znam cyfry to powiedziała mi, że ma 32 lata, jej córka ma 13 lat (wygląda na jakieś 16 – zupełnie bez makijażu) a syn 18. Po chwili przyprowadziła też swoją siostrę, która ma 45 lat (nie wygląda; dałabym jej max 40 lat). Porównały też moją białą skórę ze skórą w/w siostry… Przegrałam! Ona ma bielsze ręce. Nogi mamy takie same. Ja na ulicy kompletnie się nie zakrywam, więc rzeczywiście ręce mi ciemnieją. Wietnamki chodzą tu całkowicie zasłonięte w ciągu dnia (a przynajmniej do ok 16) – upał 37ºC a one w bluzach i kapturach lub kapeluszach.

A to jest właśnie to, co u niej zawsze jemy.

Oraz czasem popijamy (kiedy nie ma 333 lub Sajgon).

To miejsce odkryłam nie dawno. Yougurt Space – 10 minut od mojego domu (tutaj wszystko jest o 10 minut od mojego domu :P). Wg. Wietnamczyków są to mrożone jogurty w rożnych smakach  - wg. mnie i Mateusza są to lody z automatu w różnych smakach. Bierze się kubeczek, samemu wybiera i pobiera ile dusza zapragnie, posypuje, czym chce a potem stawia na wagę i płaci 23.000vnd za 100g.

Kontynuując jedzeniowo. Oprócz pikanych przekąsek czy mrożonych jogurtów można zjeść coś na ulicy:) w gronie znajomych.

Pewnego dnia zaczęłam iść główną ulicą w dół. Ulica zmieniła nazwę a ja nagle znalazłam się w dystrykcie 5 – Chinatown. Sklepy m.in. pełne przypraw – wspaniałe zapachy, których za nic nie mogłam rozpoznać ze 100% pewnością.

Na ulicy można tez spotkać ludzi, którzy sprzedają żywe zwierzęta. Pięknie i ciekawie to wygląda na zdjęciu a w rzeczywistości ludzie stoją na słońcu osłonięci swoimi kapeluszami a zwierzęta ledwo żyją. Pierwszy raz widziałam żeby ptak tak szybko oddychał otwartym dziubkiem…

A tutaj zadbany pas zieleni przed galerią handlowa i rezydencjami. Prawda jest taka, że w HCMC niezwykle dbają o zieleń. CO wieczór można zobaczyć cysterny z wodą polewające równiusieńko przystrzyżone ronda i pasy zieleni oddzielające jezdnia na autostradzie.

A na koniec 1 z lekcji z moimi studentami. Odrobina medycyny. Każdy dostał kość i musieli na tablicy złożyć Jamesa :) W 12 osobowej grupie było 3 lekarzy. :)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Thu Nam, 26 Thang Tu 2012


       Dziś rano skoczyliśmy z Mateuszem do centrum żeby zapłacić za wycieczkę nad deltę Mekongu ( http://mandalay.pl/wietnam/delta-mekongu , http://mandalay.pl/wietnam/delta-mekongu ) i przy okazji wysłać kartki (Zmorka, mam już 1 dla Kubali - napisać coś na niej czy lepsza taka czysta w kopercie?) – oczywiście okazało się, że oboje zapomnieliśmy wziąć adresów. Mimo to postanowiliśmy przejść się na pocztę, bo i tak nie mieliśmy nic ciekawszego do roboty. Po drodze wstąpiliśmy tylko na chwilę do sklepu a tam spotkaliśmy Polkę! :)Co prawda z Australii, ale zawsze Polka. Zapytała nas, gdzie jest jakiś normalny targ (jak już wspominałam Ben Thanh Market – w samym centrum jest bardzo drogi – ceny 3-4 razy wyższe niż powinny). Ludzie w hotelu oraz przewodnik powiedział jej, że w centrum tylko Ben Thanh a tak to do innego trzeba jechać 10 minut samochodem. 
Bzdura, jakich mało! 
Ok. 100 m od Ben Thanh Market znajduje się Saigon Square - niezbyt widoczny, bo za drzewami, w dodatku wygląda jak zwykły butik tymczasem to jest duży targ pod dachem. Ceny zbliżone do normalnych i sprzedawcy są chętni do targowania – czasem nawet 3-4$ w dół przy pierwszej cenie 9$ za spodenki.
       Wietnamczycy są bardzo mili i ciągle się do obcokrajowców uśmiechają, ale nie mają najmniejszych skrupułów żeby kłamać i oszukiwać (chyba, ze jest już między Wami jakaś relacja – np. koledzy pracy, znajomy itp.). Nie tylko na targu z ubraniami – xe om (skuterowa taksówka) też, co najmniej 5-krotnie zawyżone ceny w porównaniu z tym, co jest w moim dystrykcie.

A to zdjęcia zrobione w drodze powrotnej: opera (wybudowana przez Francuzów) oraz fontanna przed operą.

A to mi w duszy gra! :) mmmmm



środa, 25 kwietnia 2012

Thu Tu, 25 Thang Tu 2012


       Wyjeżdżając na te praktyki w Wietnamie przydzielono mi buddy’ego, który miał mi pomagać na początku w podstawowych sprawach – telefon, mapa, pierwszy kontakt z szefem, trasa do pracy. Na początku było ok, nie jakoś świetnie, ale w porządku. A potem poprosił o przysługę – pomogłam. Potem następną – odrobinę pomogłam, ale powiedziałam, że uważam, że to jest wykorzystywanie i projekt ma być jego pomysłem a nie moim – tylko się głupio uśmiechnął i więcej nie poprosił o pomoc. Wiem, że wykorzystał mój pomysł, ale z pomocą innego obcokrajowca – ok, mnie to rybka.
Na ok. 1 miesiąc o mnie zapomniał, a gdy ja potrzebowałam pomocy to on nie miał czasu – skręcona kostka – on nie może pojechać ze mną do szpitala, bo pada deszcz i musi wracać do domu. (Jak poprosiłam o pomoc jego szefową, to znalazł czas, żeby mi pomóc w załatwieniu kul.)
Dziś znów się odezwał – pytał o plany na długi weekend, bo on koniecznie chce żebym ja namówiła innych praktykantów żeby wszyscy poszli z nim (innych Wietnamczyków nie bierzemy) do aquaparku. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale nie mam zbyt wielkiej ochoty szaleć w basenie akurat z nim.

Generalnie mocno mnie od siebie odepchną (ok. 2 tyg. po moim przyjeździe), gdy po tym jak dostał ode mnie na powitanie kubek i koszulką a zobaczył, że mam na ręku gumową opaskę z napisem „I love Polska”. Powiedział „it’s for me, right?” „What? Why?” „You should give me this because I’m your buddy and I want to have something like this” [“To dla mnie, prawda?” “Co? Dlaczego?” “Powinnaś mi to dać, bo jestem Twoim opiekunem i chcę takie coś mieć.”]  Karpik i odpowiedź: “Sorry, not really. It’s only mine.” [„Przepraszam, ale raczej, nie. To jest tylko i wyłącznie moje”]
Taka sama akcja była jak zobaczył, że mam czekoladę z Polski.

Gdy widzę, że do mnie pisze na skypie czy facebooku, lub dzwoni to po prostu nie mam ochoty odbierać…

Żeby nie było, nie tylko ja mam o nim takie zdanie – inni praktykanci podzielają moje zdanie.

sobota, 21 kwietnia 2012

Thu Bay, 21 Thang Tu 2012


       Kilka dni temu wybrałam się w głąb mojego dystryktu. Tym razem nie w prawo od targu a w lewo. W pewnym momencie zauważyłam sklep z kawą. Duże szklane gabloty witające klienta już na ulicy (sklep nie ma drzwi – jest otwarty). Na pierwszy rzut oka kawa a potem dużo herbaty.
  Za pierwszym razem nie udało mi się dogadać z ekspedientkami – nie znam się na kawie i chciałam żeby mi coś poleciły lub chociaż podały zasady kupna (ile trzeba kupić, czy tylko ziarna czy zmielona itp.)
  Za drugim razem w sklepie oprócz ekspedientek był też właściciel i jego rodzina. Właściciel mówił łamanym angielskim, więc zawołał syna (kolejny raz mi się zdarzyło, że rodzice wołają dziecko żeby rozmawiało ze mną po angielsku). Zapytałam chłopca (ok. 10 lat) o zieloną herbatę jaśminową. Nie zrozumiał (nie dziwię się, nauczyciel, z którym rozmawiałam na uniwersytecie też nie wiedział, że jaśmin to „jasmine” po angielsku a co dopiero dziecko). Napisałam na kartce – wtedy zrozumiał jego tata! Nabyłam 0,5kg zielonej herbaty o smaku jaśminowym (zapas na kilka m-cy! Zapach 100% piękniejszy niż to, co kupuję w Polsce). Teraz tylko pozostaje rozpracowanie całej reszty nazw herbat i kolejna wizyta – czuję, że zostawię tam fortunę! Następnym razem spróbuję też zapytać o możliwość degustacji :)

  Co do kawy dla mojej Mamusi (to był pierwotny cel wejścia do sklepu) – zapytałam właściciela, którą kawę poleci, jako najlepszą. Odparł: „jeśli pytasz to oczywiście polecę Ci najdroższą! Ale wszystko zależy do tego, co lubisz.” „Nie lubię kawy! To nie dla mnie.” Przetłumaczył wszystkim po, wietnamsku co powiedziałam i cała rodzina (ok. 7 osób) zaczęła się śmiać – wiedziałam, że tak będzie!

       W temacie dzieci podsyłanych żeby ze mną rozmawiać… W miejscu gdzie zawsze kupuję sobie świeże koktajle owocowe tydzień temu babeczka zrobiła odrobinę za dużo, więc zapakowała mi jak zwykle na wynos i dała jeszcze resztę do wypicia na miejscu. W międzyczasie znikł jej mąż i przyszedł z 12-letnią dziewczynką. Ich córka odezwała się do mnie po angielsku. Co prawda słownictwo na poziomie podstawowym lub początkowym średnio zaawansowanym, ale za to 0 wietnamskiego akcentu! Piękna wymowa!

Innym razem poszłam do sklepu z bielizną. Sprzedawczyni/ właścicielka zawołała syna (ok. 18 lat) – ładny angielski, ale nie to, co dziewczynka od koktajli.

W miejscu gdzie czasem jadam rodzice podprowadzili do mnie chłopca na oko 5-6 letniego – „Hello! How are you? What’s your name?” I tyle było rozmowy – zawstydził się biedny.

Rodzice w Wietnamie stawiają na języki obce (głównie angielski, czasem chiński i japoński – starsze dzieci) mimo, że prywatne lekcje są raczej drogie jak na wietnamskie realia. Mówi się, że średnia płaca w Wietnamie to ok. $150 na miesiąc tj. 3 mln VND. Kurs angielskiego na uniwersytecie gdzie pracuję kosztuje od 2,5 mln w górę.

Wracając do herbaty i kawy!










czwartek, 19 kwietnia 2012

Thu Nam, 19 Thang Tu 2012


       Dziś udałam się do szefa po wypłatę oraz przeprowadzić negocjacje ws. godzin pracy… Sytuacja jest taka, że wg kontraktu mam lekcje 6 razy w tygodniu wieczorami. W praktyce przez 8 tygodni miałam 7 klas (w sobotę rano i wieczorem) z obietnicą wolnych dni w późniejszym terminie. Za 26 dni kończę pracę a za 28 wracam do Polski, dlatego czas było upomnieć się o swoje. Szef zaproponował wolne poniedziałki i pracę w sobotę rano i wieczorem… Sprzeciw! Przecież to nie rekompensuje nadliczbowych 8 tygodni pracy. Zaproponowałam, że przyjmę dodatkową zapłatę za te 8 tygodni – tym razem on się nie zgodził. Ale zrozumiał moje racje. Teraz mam wolne soboty od 11.30, niedziele i poniedziałki. Poniedziałki nie są mi do niczego potrzebne (mój znajomi pracują, więc dłuższego weekendu nie możemy sobie robić), ale nie chciałam żeby wyszło na jego – ekstra 8 tygodni za friko.
       Z okazji sukcesu zafundowałam sobie masaż stóp w SPA obok uniwersytetu.
Masaż stóp okazał się ponad 60-minutowym masażem całych nóg z dodatkowym użyciem gorących kamieni plus masaż głowy. Tak to jest jak nie zna się wietnamskiego a obsługa angielskiego. :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Thu Hai, 16 Thang Tu 2012


       W niedzielę mieliśmy zamiar pojechać na Sajgon Flea Market. Umówiłam się z Vany w 1 dystrykcie i stwierdziłyśmy, że to bardzo daleko i chyba nie chce nam się jechać. W międzyczasie zadzwoniła do nas Yoko, że jest na miejscu i wcale nie jest tak interesująco, więc można sobie darować. Z tej okazji poszłyśmy do Loterii – wietnamski fast food dokładnie taki jak McDonalds z tym, że oprócz frytek i wszelkiego rodzaju burgerów można zamówić też np. zupę lub porcję ryżu z mięsem.
Miedzy jednym a drugim kęsem postanowiłyśmy ominąć Ben Thanh Market – najbardziej popularne wśród obcokrajowców zadaszone targowisko (drogie!) i pójść do Sajgon Square (słyszałam, że to targowisko [pod dachem] jest tańsze i można się swobodnie targować – na Ben Thanh od razu zaznaczają, że ceny są ustalone). Rzeczywiście było tam dużo mniej białych twarzy, ceny niższe a sprzedawcy chętni do targowania (1 kobieta wybiegła za nami i pociągnęła za rękę z powrotem zgadzając się na dużo niższą scenę).
Na tymże targowisku znalazłam gumowe baleriny! 

Oraz całą gamę barw i wzorów legginsów :) Co Ty na to Gabi? Chcesz któreś? Np. zieloną panterę? :)

niedziela, 15 kwietnia 2012

Chu Nhat, 15 Thang Tu 2012

       Najpierw będzie odrobinę targowo i kulinarnie. Ostatnio na pobliskim targu poszłam w prawo zamiast w lewo i napotkałam m.in. takie oto produkty:

Suszone ryby (węgorz + coś jeszcze, czego nie znam – zaskakujące, nieprawdaż?)
Z tego, co się dowiedziałam, to one nie nadają się do jedzenia od tak. Trzeba je jeszcze upiec np. w piasku na ognisku lub np. usmażyć na patelni z innymi dodatkami.



Ponadto mamy jakieś ptaszyska (na 100% nie są to kurczaki).

Małe mątwy (?)

Oraz pięknie powiązane raki! :)

Zaraz przy targu wpadłam z M. na lekka przekąskę – Banh Khot. Wygląda to jak ptasie gniazdo. W środku jest złoty ryż oraz krewetka.

    Później spotkałam się z Xuyen i na straganiku obok jej domu zobaczyłam coś, co wygląda jak białe pomidory (oczywiście to nie są pomidory – nie wiem, co to – Xuy nie potrafiła mi wyjaśnić).

Garaż przetwarzający soję na mleko oraz serwatkę z soi (nie wiem jak to nazwać) – świeżą i zanurzona w oleju na kilka sekund.

Po zakupach spożywczych zabrałyśmy się z Xuy za gotowanie. Warzywo na zdjęciu ( khổ qua - Przepękla ogórkowata) jest z natury bardzo gorzkie, ale jest na to sposób – można przyrządzić z niego Canh khổ qua nhồi thịt.
Najpierw wybiera się cały środek z ziarnami. Po 3 minutach we wrzącej wodzie, wyjmujemy, studzimy i faszerujemy mięsem mielonym zmieszanym z malutką, fioletową cebulą, czosnkiem, solą i pieprzem.

Następnie z powrotem do wrzącej wody na ok. 15 minut. W między czasie dodajemy do wrzącej wody szczypiorek oraz odrobinę pietruszki.

Jemy z ryżem, sosem rybnym z chilli (jak zawsze) i z czym tam jeszcze chcemy – na zdjęciu m.in. tofu i krewetki.

piątek, 13 kwietnia 2012

Thu Sau, 13 Thang Tu 2012

Mój WM właśnie na migi wytłumaczył mi, że nie mogę spać do 11 (nie wie, że chodzę spać o 2-3). Powinnam wstawać o 7 i cały czas chodzić i ćwiczyć nogę.
Zobaczymy... ;)

Thu Sau, 13 Thang Tu 2012

       Zbierałam się do tego postu jak pies do jeża… Nic zachwycająco ciekawego się nie zdarzyło, więc nie miałam, o czym pisać chyba. Ale nazbierało się parę kamyczków.
W poniedziałek 9. kwietnia poszłam na kontrolę do ortopedy. Facet mówił po angielsku w klasycznym wietnamskim stylu – zjadał wszystkie końcówki wyrazów – mocno musiałam się domyślać, co mówił. W końcu się poddałam i poprosiłam koleżankę, żeby zapytała go o wszystko po wietnamsku i mi przetłumaczyła. Stopa mnie nie bolała, więc doktor naciskał coraz mocniej - aż w końcu zabolało (jak przycisnęłam zdrową stopę z tą sama siłą to też bolało…). Werdykt: skoro boli to znaczy, że trzeba łupkę (pół gips) na kolejne 2 tygodnie. Wróciłam do domu, pokazałam wszystkie dokumenty WM. Przeczytał, pokiwał głową i coś powiedział (nie mam pojęcia, co). Zadzwoniłam do szefa z info, że lekarz zalecił jeszcze ok. 3 dni w łóżku – szef powiedział, że to już za długo i mam wracać. Ok, ale ktoś ma po mnie przyjechać, bo nie dam rady dojść na piechotę.
Po 3 dniach jazdy do pracy mój WM stwierdził: koniec z łupką i 2 kulami – może boleć, ale mam stawać na tej stopie i chodzić o 1 kuli.

       We środę, gdy WM przyjechał po mnie po pracy zabrał mnie na noodle. Jadłam Mien Ga. Zupełnie przezroczysty makaron – lekko bardziej gumowaty niż zwyczajny makaron zalany wywarem z kurczaka z mięsem kurczaka. Jedliśmy sobie pokazując na migi „dobre/ niedobre/ pikantne/itp.” dodając pędy fasoli (uwielbiam), liście mięty pieprzowej oraz pierwszy raz marynowany plasterki czosnku – bardzo smaczne. To był chyba najsmaczniejsze noodle, które jadłam do tej pory.

A dzisiaj piątek 13-stego. Zobaczymy, co ciekawego się wydarzy :)

       Przypadkiem znalazłam bloga (niestety po angielsku) nt. jedzenia w Wietnamie (zwłaszcza w HCMC). Sporo rzeczy, o których pisze autor jadłam, ale nie miałam pojęcia jak się nazywają po wietnamsku. Dużo zdjęć smacznych potraw. http://vietstreetfoods.blogspot.com/


niedziela, 8 kwietnia 2012

Chu Nhat, 8 Thang Tu 2012

Spokojnych i relaksujących Świąt Wielkanocnych. Obyście mogli robić w ten czas to, co Wam się tylko zamarzy
życzą
Maria, jej wietnamskie koty (Stefek i Dziunia) oraz wyskubane, uniwersyteckie pisklaki.

sobota, 7 kwietnia 2012

Thu Bay, 7 Thang Tu 2012


Bez lukru.

Życie w Ho Chi Minh to nie jest pasmo przyjemnych lekcji, wycieczek oraz pysznego, nieznanego jedzenia. To też bardzo często nuda i samotność i czasem bezsilność. Wypadek i częściowy brak mobilności boleśnie przypomniały mi jak bardzo nie lubię być od nikogo zależna (oprócz mojej rodziny, bo na nich tak po prostu mogę polegać), jak nie lubię bądź nie umiem prosić o pomoc. Jeśli znajomy powie mi, że dziś raczej nie ma czasu wpaść do mnie z jedzeniem to nie przyznam, że dziś będę jadła tylko banany i zupkę chińską tylko powiem „ok, nie ma sprawy.” Gdy właściciele mieszkania dają mi lunch dziękuję 15 razy, bo wcale nie muszą tego robić a podsuwają mi dodatkowo ciastka, popcorn i zieloną herbatę. Właściciel zagląda do lodówki i kiwa głową, bo znajduje tam, banany, margarynę, marchewkę, 2 jajka i wyschnięta limonkę… Nie potrafię być nieruchoma… Nie potrafię prosić o pomoc. I to jest właśnie wersja bez lukru, w tych ciemniejszych barwach z łzami w oczach, bo ja płaczę wtedy, gdy jestem zła lub bezsilna… 

--------
20:05
Przed chwileczką zajrzeli do mnie Właściciele Mieszkania - obejrzeli sobie moją stopę, zapytali ile musiałam zapłacić za kule, i czy nie trzeba mi wody. Szkoda, że tak słabo mówią po angielsku...

Thu Bay, 7 Thaunh Tu 2012


       Dziś będzie update jedzeniowy, bo dawno nie było :)
Niestety nie jest to wszystko, co jadłam/ jadam w Wietnamie, bo nie zawsze mam okazję zrobić zdjęcie. Jest to kilka ostatnich pozycji mojego menu.

1. Banh gio – zapakowane w liść bananowca (zdjęcie już rozcięte, bo Xuyen była szybsza niż ja mówiąca, że zrobię zdjęcie). Wewnątrz znajduje się mielona wieprzowina z grzybami oraz 1 lub 2 jajka (chyba) przepiórcze; zewnętrzna otoczka to masa przygotowana m.in. z mąki ryżowej. Ma to ciekawy smak, ale nie do opisania, sorry Winetu, jeśli ktoś nie próbował do tej pory mąki ryżowej to nie dam rady tego opisać. Oto jak się przygotowuje banh gio - Goi banh gio


2. Banh thieu z banh bo. Banh thieu to tak ich pączek. W smaku bardzo podobny do naszego ale bardziej napowietrzony niż nasz i pusty w środku. To tego dostaje się banh bo – ciasto z mąki ryżowej i mleka kokosowego. (Znalazłam na youtube, że po angielsku to jest krowie ciasto, bo w przekroju wygląda tak jak przekrojona wątroba wołowa – nie wiem, czy to prawda). Rozcina się banh thieu i wkłada do środka banh bo lub je oddzielnie – jak kto woli.

3. Kukurydza, którą dostałam od ŻWM – wygląda i smakuje inaczej niż ta którą jadamy w Polsce. Jest jaśniejsza i jakby bardziej ugotowana lub uparowana. Podana mi bez soli i masła – na ulicy sprzedają w takiej samej wersji więc to chyba standard.

4. Nie mam pojęcia, jak to się nazywa lub co to jest. Zewnętrzna warstwa to albo bardzo mocno ściśnięty i rozgotowany ryż albo ciasto na bazie mąki ryżowej, kolejna warstwa (ta w łososiowym kolorze) to rodzaj ziemniaka a biały środek to czysty tłuszcz… Dostałam to na lunch od ŻWM. Ostatnie kęsy nie chciały mi przejść przez gardło – było to dość mdłe.

5. To też dostałam od ŻWM. Galaretowaty deser zapakowany w liść bananowca. Ta fioletowa zewnętrzna część smakuje jak durian a wewnątrz są wiórki kokosowe (prawdziwe!). Nawet nie tak bardzo słodkie, więc dla mnie smaczne!

6. Kilka dni temu dostałam też coś takiego. Wg moich poszukiwań w Internecie może być to Che bap. Deser lub przekąska z mleka kokosowego oraz owsianki lub tapioki z kukurydzą, podawana na zimno lub ciepło. Mnie WM podał to na ciepło z dużą ilością cukru. Wg mnie było to przepalone, ale ogólnie ciekawy smak jako, że ja nie jadam kukurydzy jako czegoś słodkiego (tutaj dostałam kiedyś kukurydzę i fasolę z mlekiem kokosowym jako shake).

7. Na koniec coś, co my nazywamy sajgonkami chyba, aczkolwiek nie ma to zbyt wiele wspólnego z tym co jadłam w Polsce. Tutaj nazywa się to Cha gio i jest mielonym mięsem z grzybami zawiniętym w papier ryżowy. Usmażone na złoto, chrupiące – pyszne! W miejscu gdzie je kupuję dostaję szklankę zupy z kapusty i szczypiorku oraz dużo ryżu i sos rybny. Xuyen powiedziała, że bardzo często Cha gio je się z makaronem.


I to by było na tyle.

PS. W trakcie pisania tego postu – ŻWM przyniosła mi banh gio :)

środa, 4 kwietnia 2012

Thu Tu, 4 Thang Tu 2012


       W temacie skręconej kostki/ stopy. Zadzwoniłam do mojego ubezpieczyciela i dowiedziałam się, że tam gdzie jestem nie mają umowy z żadnym szpitalem/ przychodnią, więc najlepiej byłoby gdybym wróciła do HCMC i poszła do 1 z 3 szpitali, z którymi mają umowy (a przynajmniej kontakt). Założyłam, że skręcona kostka nie wymaga wizyty we francusko- lub kolumbijsko-wietnamskim szpitalu, i że wietnamski szpital Cho Ray wystarczy – zwłaszcza, że był najbliżej (2 większe ulice ode mnie). Poza tym wiem, że te 2 zagraniczne szpitale są bardzo drogie a ja na opiekę/ usługę bezgotówkową nie mogę tutaj liczyć. Udałam się do szpitala z koleżanką (Xuyen) z założeniem, że bez tłumacza się nie obejdzie i rzeczywiście w recepcji/ izbie przyjęć nikt nie mówił po angielsku. Natomiast dużym zaskoczeniem był pierwszy lekarz – biegły angielski, kolejnych 2 też dobry angielski.
Ortopeda, który pojawił się z moimi zdjęciami X-ray powiedział: „Gips na 6 tygodni!”
„Czy ja dobrze usłyszałam? 6 tygodni? Pełny gips?”
„Tak, bo tyle goją się naciągnięte ścięgna.”
„Nie zgadzam się na pełny gips przy skręceniu kostki! Mogę się zgodzić ewentualnie na taki połowiczny gips i bandaż elastyczny. Ja muszę pracować! Za 6 tygodni wracam do Polski a do tego czasu nie mogę po prostu się obijać. Poza tym tu jest za gorąco na gips.”
„A gdzie pracujesz?”
„Jestem nauczycielem angielskiego na uniwersytecie technologicznym.”
„Jesteś nauczycielem… Ok. Może być ten połowiczny gips, ale tydzień leżysz w łóżku i nie stajesz na tej nodze.”
Mam się w poniedziałek udać do kontroli. Co ciekawe lekarz nie wydał mi moich dokumentów. Mówiłam, że potrzebuję dla ubezpieczyciela – „skoro Cię tutaj wysłali, to mają z nami kontakt i mogą o nie sami poprosić, poza tym w poniedziałek przyjdziesz do kontroli.” Argument o tym, że to moje dokumenty a nie ich, i że zawsze się je wydaje pacjentowi (w Wietnamie też tak jest) nie zadziałał…

wtorek, 3 kwietnia 2012

Thu Ba, 3 Thang Tu 2012


       31.03.-2.04. w Wietnamie był długim weekendem – upamiętnienie królów z dynastii Hung, których uważa się za założycieli Wietnamu (wg wikipedii zaczęło się to ok. 2897 p.n.e.). Z okazji długiego weekendu zdecydowaliśmy się pojechać 9 osobową grupą na plaże Mui Ne (bardzo komercyjne miejsce - co ciekawe wszystko po wietnamsku i po rosyjsku!) (http://mandalay.pl/wietnam/mui-ne ) - część chciała poszaleć na kitesurfingu. Wsiadamy w pociąg o 7.30 w HCMC – po 2 godzinach jazdy zaczyna padać… Po kolejnych 2 godzinach jesteśmy na miejscu, ale deszcz wciąż pada w dodatku bardzo wieje. Decydujemy, że idziemy na plażę. Idziemy wzdłuż hoteli i resortów na plaży, ale nigdzie piasku tylko beton zabezpieczający brzeg… Idziemy do informacji turystycznej i dowiadujemy się, że najbliższa piaszczysta plaża 2-3 km… I to było kolejne rozczarowanie (nieustający deszcz był numerem 1). Dostaliśmy się na plażę, faceci poszaleli i wróciliśmy do hotelu – basen z czystą wodą i muzyka z okna naszego pokoju wziął górę nad 1,5-2m falami i chłodnym deszczem.
Wieczorem założyliśmy, że z cukru nie jesteśmy i idziemy do jakiejś dyskoteki czy czegoś w tym stylu. Na miejscu fajnie, sympatycznie, dużo ludzi impreza na całego i wtedy skręciłam kostkę! I już było po imprezie dla mnie.
     W ciągu całego wyjazdu ani na chwilę nie przestało padać ani silnie wiać. Po powrocie do Ho Chi Minh City zastałam główną dojazdowa ulicę do mojego domu zamkniętą z powodu połamanych i powyrywanych z korzeniami drzew o średnicy 40-50cm. Xuyen mówiła, że przez całą niedzielę bardzo mocno wiało i padało – tajfun. Generalnie nie powinno się to zdarzyć przed połową kwietnia a nawet majem, ale w tym roku podobno wszystko się poprzestawiało i przyspieszyło.

Plaża

Świeże owoce morza do wyboru - przygotowywane na miejscu na oczach klienta