środa, 29 lutego 2012

Thu Tu, 29 Thang Hai 2012

       Wtorek bez ciekawostek, więc go pomijamy. Wróciłam zmęczona z Thu Duc (to ten oddział oddalony o 25 km).

       Dziś zajęcia z uczniami były całkiem fajne. Rzucałam w nich kulą papieru i zadawałam pytania. Potraktowali to, jako świetną zabawę i powiedzieli, że chcą tak częściej.

       Po powrocie do domu objadłam się owocami.
To jest Măng cụt. Po polsku: mangostan właściwy (nieapetyczna nazwa, nie?). Jest to bardzo słodkie i bardzo łatwo się psuje. Od razu po powrocie z targu zjadłam 3 i 3 zostawiłam na później – no i się popsuły…


 Ale pomarańcze się nie popsuły!  :)
Rzadko się tu spotyka pomarańczowe pomarańcze. W Wietnamie pomarańcze są zielone :)


A to niby jabłko, o którym wspominałam wcześniej (ten czerwony dzwonek) to Gioi hoa trắng. Po polsku: Czapetka wodnista ( a przynajmniej tak mówi wikipedia).

wtorek, 28 lutego 2012

Thu Hai, 27 Thang Hai 2012


       W poniedziałek dość leniwie. O 15.30 poszłam na uniwersytet a stamtąd pojechaliśmy (z innymi nauczycielami) do oddziału położonego ok. 25km od głównego kampusu. 25km przejeżdża się w ok. 1h 20 minut. Bo średnia prędkość to 30-40km/h.
Nauczyciele sympatyczni. Moja grupa uczniów też, chociaż małomówni no i było ich tylko 7-ro. 
Widok z 8 piętra:

       Kierowca był tak miły, że odwiózł mnie prawie pod dom – nie musiałam wracać nocą na piechotę. Za to tuż pod domem kupiłam sobie takie coś jak wcześniej dostałam od ŻWM. Już wiem jak to się robi! Przezroczysty papier ryżowy na to łyżka szczypiorku, pół łyżki jakichś przypraw, pół łyżki kukurydzy, 1 surowe przepiórcze jajko. Kobieta wszystko to miesza i kładzie na grilla – papier robi się biały i kruchy. Polewa to sosem chilli i składa na pół. Bardzo dobre i bardzo pikantne. Cena 5k za sztukę.

niedziela, 26 lutego 2012

Chu Nhat, 26 Thang Hai 2012

       W niedzielę wpadła Jenny i przesiedziałyśmy razem pół dnia. Przy okazji poznałam wnuków moich WM. Głośne chłopaki… 7 i 3 lata. Ten 7letni uczy się angielskiego od 2 lat… Jego poziom wiedzy nie przekracza 2 m-cy… Nie komentowałam.
Wieczorem poszłyśmy na zupę na mojej ulicy.
Niestety nie wzięłam aparatu, ale był to wywar rybny z bardzo dużą ilością makaronu i ze szczypiorkiem oraz z 2 malutkimi ośmiorniczkami, 3 średnimi czerwonymi krewetkami oraz kawałkiem ryby (4x4cm) . Bardzo dobra!
Swoją drogą te zupy tak sycą, że jeszcze nigdy nie zjadłam całej miski.

       Zaszłyśmy też do apteki, bo coś mnie podziabało. Chyba komary, bo jednego nawet ubiłam. Kobieta dała nam Flucinar. Nazwa znajoma. Zaglądamy do ulotki a tam: wyprodukowano: „Jelfa” ul Wincentego Pola, Jelenia Góra, Polska. Dosłownie padłam ze śmiechu. Cena: 32k czyli ok. $1,5. W Polsce kosztuje 12,50zł czyli ok. $4.


sobota, 25 lutego 2012

Thu Bay, 25 Thang Hai 2012

       YEAH!!! Dzięki Michałowi udało mi się odtworzyć to, co było na pierwszym blogu. Od 3 dni tamten serwis nie działa, więc przenosimy się tu gdzie śmiga. Dzięki Michaś!

       Ostatni wpis z piątku… W sobotę miałam pierwsze zajęcia z w akademiku. Jak narazi ta 14-osobowa grupa jest moim faworytem. Są chętni do współpracy i nawet sami zgłaszają się do pisania na tablicy! Po zajęciach poszłam do supermarketu… Widać, że ludzie wyszli z pracy… Tłumy takie, jakich nigdy tam wcześniej nie widziałam.


       Między zajęciami znów pojechałyśmy na targ. Niektóre sprzedawczynie już nas pamiętały. Wołały nas i dawały to, co ostatnim razem tylko ceny były niższe ;)
Znów kupiłam m.in. ananasa. Można go nabyć albo w całości z liśćmi albo tak pięknie przyciętego - gotowego do zjedzenia.

piątek, 24 lutego 2012

Thu Sau, 24 Thang Hai 2012



Codzienna dawka zdjęć ;)
Oto owoc, który już drugi raz dostałam od właścicieli pokoju. Jego sok to takie słodkie białe mleczko. Jest słodki – pyszny :)


 A tak wygląda w środku.




       A to dostałam do obiadu, który sobie jadłam w pokoju. – woda z kukurydzy oraz mały talerzyk owoców podobnych do liczi (średnica jak pięciogroszówka).


       Po obiedzie wróciła ŻWM (żona właściciela mieszkania) i cała mi takie coś. Cieniutkie i bardzo pikantne. Świetne :)

      
       Po zajęciach Tung zabrał mnie na Welcome Party na moją cześć oraz jednoczesne pożegnanie Andy’ego, który jutro leci do domu. Było bardzo fajnie, chociaż na początku 12 osób zmusiło mnie do zjedzenie przepiórczego jaja… A wietnamskie jaja są ugotowane tak, że zawierają białko, żółtko oraz małego pisklaka… Przełknęłam bez gryzienia :P Dostałam brawa i komentarz, że wyglądało jakbym jadła to już kilka razy i mi smakowało. NIGDY WIĘCEJ TEGO NIE ZJEM!


       Znów jadłam tą zupę, co wcześniej z Jenny oraz dodatkowo suszoną ośmiornicę – dobra! :)
Poznałam też Francuza oraz Australijczyka i Japonkę, a w marcu przyjeżdża 1 Polak i będzie ze mną pracował.


       Dowiedziałam się też, że jeśli nie wrócę przed 24 do domu to właściciele zamknął drzwi i wejdę dopiero rano ok. 6-7… Jeśli będę imprezować z Anthonym to będę musiała też u niego spać – zonk!

czwartek, 23 lutego 2012

Thu Nam, 23 Thang Hai 2012



       Wstałam jak zwykle ok. 10. Włączam wiatrak a tu, surprise! - nie ma prądu. Pal licho Internet przez kilka godzin, ale klimatyzacja i wiatrak?! Pozostaje tylko ręczne chłodzenie wachlarzem. Jedyny plus tej sytuacji – może odrobinkę niższy rachunek za prąd. ;)


       Przed chwileczką dostałam od gospodyni szklankę jakiegoś napoju. Kolor słomkowy, przejrzysty – pomyślałam, że to herbata. Smak – woda z gotowanej kukurydzy! Nawet nie najgorsze. Próbowaliście kiedyś?

środa, 22 lutego 2012

Thu Tu, 22 Thang Hai 2012



       Wczoraj zatrzymałyśmy się na shake'a na ulicy obok mnie. Kobieta robi je ze świeżych owoców, skondensowanego mleka kokosowego i kruszonego lodu. Dostałyśmy 2 różne. Ja wzięłam truskawkowy - pycha. Smak truskawek z własnej działki. Mmmmmm Jenny dostała jakiś białawy, ale mi nie smakował… W czasie konsumpcji zaczepiła mnie jakaś dziewczyna ze stolika obok " widzę, że jesteś obcokrajowcem; lubię sobie poćwiczyć angielski, gdy tylko mogę” - pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. :p


        A na zdjęciach:
- jakaś bulwa (nie mam pojęcia, co to) posypką chilli z krewetkami – mega ostra – pycha. Założeniem jest obranie bulwy i maczanie kawałków w posypce – mnie nie smakuje (bulwa jakaś taka… jak surowy ziemniak).
 
- owoc, który podobno jest tutejszym jabłkiem. W smaku jest jednak inne niż nasze jabłka. Bardzo soczyste – niezłe :) I rośnie na drzewie tak jak trzymam, – czyli jak dzwonek.





wtorek, 21 lutego 2012

Thu Ba, 21 Thang Hai 2012/ 2



       Oto widok budynków przy akademiku, w którym pracuję w soboty wieczorem. (Obok znajduje się supermarket Coop Market) oraz normalny ruch na ulicy (ok. 14.30)




        Kupiłam dziś płaszcz przeciwdeszczowy. Udało mi się zapłacić tylko 40.000 dzięki temu, że nie padało (gdy pada deszcz płaszcze są oczywiście droższe :p)


       Ten facet siedzący na skuterze to właśnie kierowca Xe om, który krzyczy „Madame, hello, motorbike?” Tak właśnie wygląda jego ciężka praca – siedzi na skuterze i tyle.


        Wieczorem zadzwoniła Jenny i pojechałyśmy na typową zupę z okolic Mekonga (najdłuższa rzeka półwyspu indochińskiego). Zupa z wołowiny w plasterkach z długim makaronem oraz jakimś zielepactwem. Do tego na talerzu obok dostaje się świeże bądź sparzone dodatki: takie jakby nitki kwiatu bananowca, pędy fasoli (oraz coś jeszcze, czego Jenny nie potrafiła nazwać po angielsku) które dodaje się do swojej zupy. Obok oczywiście pasta chilli oraz chilli w sosie rybnym. Całkiem dobra ta zupa :) (je się ją i pałeczkami i łyżką).
 
A to Jenny.




       Później pojechałyśmy do sklepu z butami… Rozmiar 39 nie we wszystkich fasonach a 40 to już w ogóle nie… Sprawdzimy później dystrykt 1, bo tam więcej turystów to i rozmiary większe, ale z turystami rosną też niestety ceny…


Ciekawostka:
       Kobiety chyba nie używają tutaj maszynek do golenia. Nie znalazłam ich na dziale z damskimi kosmetykami a jedynie na dziale męskim. Poza tym zauważyłam, że dziewczyny chyba nie golą nóg, nie wiem jak z pachami.

Thu Ba, 21 Thang Hai 2012



       Specjalnie dla mojej Gabi. Też mam tu koty ([vn] con mèo). Są 1/3 wielkości naszego Gitka i boję się wziąć je na ręce, bo może mają pchły :p


A poza tym wczoraj jadłam ich popcorn. Jakoś dziwnie prażą tą kukurydzę, bo ona nie wystrzeliwuje tylko tak jakby rozrasta się na boki. Smakiem przypomina nasz ryż preparowany




Mam też pytanie, czy słyszeliście kiedyś, że picie wody z cytryną powoduje rozrzedzenie i niestabilność krwi? Takie coś powiedział mi jeden z młodych Wietnamczyków. Nie zgodziłam się z nim. A może on miał rację?


Zmorko, 1 USD = 20 700 VND
Duża niegazowana woda kosztuje (ja wzięłam jakąś średnią cenę) 7000vnd. Mała gazowana 4700vnd. 6 najtańszych jajek kosztowało 12900vnd.


Gratis! Profesjonalny mop na uczelni gdzie pracuję… ;)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Thu Hai, 20 Thang Hai 2012



       W środku dnia wybrałam się do supermarketu. Droga ok. 10-15 minut na piechotę. W ciągu tego czasu 8 Wietnamczyków krzyczało do mnie: „Madame, hello!” i wskazywało na skuter. To się nazywa Xe om. Prywatna osoba na skuterze zawiezie Cię za kasę, gdzie chcesz. Problem w tym, że nie zawsze znają miasto, więc trzeba ich kierować.
W supermarkecie (Coop Market) wreszcie znalazłam wodę gazowaną. Niestety tylko małe butelki, ale zawsze to gazowana :)


Wracając (inną drogą) widziałam sporo sklepów z telefonami komórkowymi. Ciekawa jestem czy one naprawdę są takiej „papierowej” jakości jak słyszałam, bo mam ochotę przed wyjazdem nabyć jakiś smartfon na 2 karty sim. Zobaczymy…

niedziela, 19 lutego 2012

Chu Nhat, 19 Thang Hai 2012



       Wczoraj ok. 18 nagle wysiadł w domu prąd. Wyszłam ze swojego pokoju i siadłam z właścicielami na klatce schodowej. Oni sobie gadali i cały czas się uśmiechali, a ja siedziałam i tylko się uśmiechałam. Okazało się, że jedna dziewczyna zna angielski.
Prąd wrócił a my przesiedziałyśmy jeszcze 4 godziny :)


       Dziś zabrała mnie z koleżankami na kolację do Quang Anh. Same owoce morza. Jak to określiła Jenny: „bardzo dużo rodzajów ślimaków.”


Spróbowałam wszystkiego:


„ślimaki” z oceanu – chyba jakieś małże – Ugotowane z wodzie z chilli i chyba trawą cytrynową (czułam cytrynowy smak) – mój nr 2


„ślimaki” ze stawu – Ugotowane w mleczku kokosowym. – mój nr 3




„ślimaki” z rzeki – nazwa związana jest z ich kształtem – palec z paznokciem. – Usmażone w muszlach na wieprzowym tłuszczu z dużymi wieprzowymi skwarkami – mój nr 1




„ślimaki” z okolic rzeki – Usmażone tak jak wyżej, ale mocno przyprawione chilli.  – mój nr 4




Do tego miseczka z sosem chilli, talerzyk z białym pieprzem i pastą chilli i limonką do wymieszania oraz jakieś zielepactwo do przegryzania – wspomaga trawienie.


Do tego piwo: Sajgon export 4,9% - chyba chmiel z dodatkiem ryżu – nawet niezłe, ale pijałam lepsze piwa ;)


       Jak tylko wróciłam przyjechał Tung i zabrał mnie do jakiegoś bardzo popularnego miejsca na napój. Otrzymałam szklankę z mlekiem kokosowym a na dnie: czerwona fasola, biała fasola, kukurydza oraz jakaś zielona rzecz… na wierzchu prażone orzechy ziemne. Stanowczo za słodkie dla mnie. Pomijam fakt picia/ jedzenia fasoli, jako słodyczy ;)


Do tego (tak tylko żebym spróbowała) zamówił mi coś, co wyglądało jak przezroczyste pierogi z nadzieniem z mielone wieprzowiny. – nawet niezłe. ;)




Ależ się objadłam dzisiejszego wieczoru… ;)

piątek, 17 lutego 2012

Thu Sau, 17 Thang Hai 2012



Z okazji pory suchej wczoraj też lało. O tyle dobrze, że jak musiałam iść do pracy to już tylko kropiło. Temperatura wcale się nie obniżyła a ulice wcale nie są czystsze...
Oto jak mniej więcej wygląda kampus uniwersytetu, na którym pracuję:






I jak tylko jest chwila to uczniowie grają w nogę, kosza czy tenisa.


Poniżej zdjęcia jednej z głównych ulic mojego dystryktu (10) ok. godz. 22.
Wszystkie te światełka to skutery.








czwartek, 16 lutego 2012

Thu Nam, 16 Thang Hai 2012



A propos pory suchej, która trwa tutaj już ok 2m-ce... Właśnie leje ;) Bardzo lubię zapach deszczu. No i może trochę oczyści te ulice...


Z ciekawostek:
Do autobusu wsiadasz, gdy ten się toczy (wolno, ale jednak jedzie). No chyba, że jest na "pętli" to wtedy stanie na 1 minutę. No i trzeba go sobie zatrzymać, czyli zamachać, bo tylko pierwszy i ostatni przystanek to rzeczywiste „zatrzymanie”


O 17 zajęcia kończą podstawówki i licea. Wtedy autobus jest nieziemsko zapchany i jedzie 2 -3 razy dłużej.


Autobusy jeżdżą średnio do 20 - 20.30. Później jesteś w czarnej dupie i musisz zapłacić majątek za taksówkę.


Gdy kupujesz gotowaną kukurydzę na ulicy rano kosztuje 5000 a ok 16 już tylko 3000.


To, co wybudowali Francuzi (opera, hotele itp w centrum jest piękne) to, co wybudowali inni po prostu jest.

środa, 15 lutego 2012

Thu Tu, 15 Thang Hai 2012



Wszyscy tu obchodzą Walentynki z tej też okazji mój buddy zabrał mnie na lody. Wszędzie róż, czerwień i serduszka ;)
Potem odwiózł mnie do domu i pogadał trochę z rodzinką, od której wynajmuję pokój. Powiedzieli mu, że myśleli wczoraj, że coś mi się stało, bo tak długo spałam (do 10.30)! A co mam nie spać jak podróż rozpoczęłam o 19.40 w sobotę a zakończyłam w poniedziałek o 6 nad ranem (polskiego czasu)?
Prosili też żebym się rozglądała jak wracam do domu, czy ktoś mnie nie śledzi żeby nikt nie przyszedł nas tu okraść. (Po tym jeszcze jak Emilia mi powiedziała, że po zmroku bardziej kradną to już w ogóle strach mnie ogarnął.) Już dziś poproszę moich uczniów, żeby któreś z nich odprowadziło mnie do domu. A jak nie to pozostaje "Xe om”, czyli skuterowa taksówka... Albo poproszę o rower :P
Dziś ok 12 właściciele zaprosili mnie na obiad. Nie mam pojęcia, co jadłam;)
Rozpoznałam ryż, sos sojowy oraz malutkie krewetki. Ponad to było tam jakieś gotowane zielepactwo, które nasunęło mi na myśl pokrzywę (na bank było to coś innego). Oraz jakieś inne ziele gotowane, które wyglądało jak liście buraków, (bo woda byłą taka buraczana) i do tego krewetki. Poza tym jakieś mięso w cieście oraz jakieś inne mięso a la pikantne skwarki. Było całkiem niezłe:)


UPDATE:


Uczniowie trochę cwaniaczkują (2 na15osób). A po zajęciach (2,5h) gdy wychodziliśmy z sali jeden zapytał czy mogę mówić wolniej, bo oni nie wszystko rozumieją. Normalnie facepalm! "Dlaczego nic nie powiedzieliście w czasie zajęć jak pytałam?" "a bo to nauczyciel decyduje."
Poprosiłam o pomoc w powrocie do domu. Usłyszałam, że ta droga jest bardzo niebezpieczna... No to spoko "pomóż mi wziąć "Xe om... Zapytaj ile zapłacę"   "30.000"    "Ale ja wiem, że powinno być mnie niż 20.000!"    "ok., niech będzie 20.000". Własny uczeń mnie oszukuje! I taka właśnie jest tu rzeczywistość....

Thu Tu, 15 Thang Hai 2012



Wczoraj pierwsze samodzielne przejście dom - uniwersytet. Na luzie z lekkim spięciem na każdym zakręcie (tu każda uliczka jest podobna). Udało się! Spotkałam Emilie - Polka z Wrocławia. Też uczy angielskiego.  I tu dostałam listę wskazówek, zakazów, nakazów itp.
1.     Nie wolno mi pić niczego z lodem (oni lód robią z wody z kranu, rzucają na podłogę i tasakiem dziabią a potem hop do szklanki).
2.     Lepiej kupić sobie plecak, bo to trudniej zerwać z ramion (zrywają ludzie jeżdżący na skuterach).
3.     Lepiej pokserować wszystkie dokumenty i nosić przy sobie kopie - nie będzie szkoda jak ukradną.
4.     Telefon tylko na smyczy i lepiej na ulicy nie rozmawiać.
5.     Oficjalnie inflacja poszła w górę o 9% a w rzeczywistości w niektórych miejscach nawet 70%.
6.     Nie ufaj Wietnamczykom. Cały czas kłamią, oszukują i planują jakby tu wyciągnąć od Ciebie pieniądze.
7.     Na zajęcia i w ogóle na zewnątrz chodzi się z zakrytym dekoltem i nogami zakrytymi, co najmniej do kolan (Idealnie jest nosić tylko długie spodnie.
Co sama zauważyłam:
1.     Nie ma praw autorskich, wszyscy mają kserokopie - nawet podręczniki nauczycielskie są kopiami.
2.     W księgarniach też kupisz kopie bez praw autorskich. Na papierze jak mgła, ale za to za 1-3 euro gdzie w Polsce kosztuje ok 10.
3.     Oprócz pojedynczych świateł na jakichś strategicznych skrzyżowaniach nie ma tutaj żadnych przepisów. Wielka rzeka skuterów czasem jakaś mała ciężarówka, taksówka - van lub autobus. Wjeżdżasz w rzekę i z niej wyjeżdżasz. Uważa ten, kto jest z tyłu (wyjątkiem są samochody - one trąbią a ty uciekasz). Jeśli musisz jechać pod prąd to jedziesz. Jeśli musisz jechać po chodniku to jedziesz.

wtorek, 14 lutego 2012

Thu Ba, 14 Thang Hai 2012



       13/02/2012 przyleciałam do Ho Chi Minh w Wietnamie. Przez organizację AIESEC znalazłam tu praktyki na Uniwersytecie Technologicznym (wg wiedzy mojej siostry coś jak Politechnika, ale z mniejszymi uprawnieniami). Będę tutaj uczyłam j. angielskiego 3,5h x 6 razy w tygodniu.
Przez okno samolotu zobaczyłam nie najciekawsze widoki. Po wylądowaniu nie była tak źle. Najpierw zaskoczył mnie mój opiekun z uniwersytetu. 21-letni chłopak przyjechał po mnie skuterem (!). Zaproponował, żebym walizki ciągnęła za sobą. Oczywiście pojechałam taksówką a on za mną.
Mam mieszkanie 10 minut na piechotę od uniwersytetu. Właściciele wydają się sympatyczni – z tym, że kompletnie się nie rozumiemy – nie znają ani słowa po angielsku.
Zaraz wychodzę, bo umówiłam się z Polką, która też pracuje na tym uniwersytecie. Mam nadzieję, że nie zgubię się a gąszczu tych małych uliczek…