W długi weekend (przypada mniej więcej w tym samym czasie,
co w Polsce) udaliśmy się na wycieczkę deltą Mekongu (2 największa na świecie
delta). Najpierw posłuchaliśmy na żywo wietnamskiej kapeli zgodnie orzekając,
że to zdecydowanie nie nasze (Polska, Niemcy, Indie, Francja) klimaty.
Następnie przepłynęliśmy kawałek łódkami.
Aż do fabryki cukierków robionych z kokosów z różnymi
dodatkami – ręczna manufaktura.
Do tego pyton na ramionach dla chętnych.
Po obiedzie dobiliśmy do hotelu w Can Tho. Jedno z największych
miast. Tutaj wybraliśmy się z chłopakami na wycieczkę po mieście pamiętając o
tym, że 23 zamykają hotel… Trafiliśmy na otwarcie wegetariańskiej knajpy a że
Himanshu nie je mięsa ani ryb to postanowiliśmy mu towarzyszyć – jedzenie pierwsza
klasa!
Połaziliśmy sobie po nabrzeżu pozując przy pomniku wujka Ho.
Później dobiłam targu kupując portfel za 80k vnd. Po chwili
rozmowy dziewczyna poprosiła mnie o maila a ja nieświadomie przestawiłam imię i
nazwisko… (dawno nikomu nie podawałam).
O 23 stawiliśmy się do hotelu i po dogadaniu ze stróżem zyskaliśmy
1,5h – z drinkami przed hotelem. Piliśmy colę z lodem i wódką za 25k (kilka
centów niż 1$). Wódka bardzo nas zaskoczyła, bo mimo 39% okazała się delikatna –
niestety nie udało się jej już kupić.
Następnego dnia pobudka 5.55 i wycieczka na dryfujący targ. Okazało
się to zupełnie inną rzeczą niż się spodziewałam. Myślałam, że to będą małe
łódeczki z owocami, warzywami, rybami, itp. a to, co zobaczyliśmy okazało się
hurtownią owoców i warzyw…
Później udaliśmy się do Chau Doc – miasto na granicy z
Kambodżą. Malutkie to jak nie wiem. I jeszcze większe zdziwienie niż w Can Tho –
hotel zamykają ok. 21.40…
Nie było innej opcji jak wrócić o tej właśnie porze.
Z samego rana udaliśmy się łódkami do miejsca gdzie
mieszkają wietnamsko-kambodżańscy muzułmanie (bardzo rzadko spotykane w
Wietnamie).
A następnie na dryfującą fermę ryb. Sporo ludzi mieszka tam
na pływających domach – ciekawie to wygląda.
Na koniec pojechaliśmy do pagody zbudowanej w skałach –
bardzo ładne miejsce.
Ponieważ nie pamiętam, co dokładnie po czym następowało tutaj dodam jeszcze wizytę w wielkim sadzie owocowym - tutaj ja z dragon fruit.
Oraz fotka z fermy krokodyli. Posiadają ich 15.000 sztuk. Można sobie u nich kupić 1-rocznego krokodyla za 50$, i jak to określiła przewodniczka, trzymać w wannie.
W między czasie byliśmy w jeszcze jednej fabryce/
manufakturze. Ktoś zgadnie, co to jest?