niedziela, 10 czerwca 2012

Chu Nhat, 10 Thang Sau 2012


Wróciłam do domu we wtorek w nocy jednak powrót wcale nie jest końcem wietnamskiej przygody. Za 2 tygodnie do Polski przylatuje pewna znajoma, z którą spotkam się w Warszawie. W dodatku wracając z Hanoi przez Moskwę poznałam pewnego nastolatka. Okazało się, że jego tata pracuje w ambasadzie – bardzo sympatyczni ludzie. Zadzwonię do nich, gdy przyleci Hy i spotkamy się w większego grupie.
Poza tym codziennie dostaję smsy oraz maile od kilku najbliższych mi studentów. Co ciekawe nie są to Ci, których uczyłam, przez co najmniej 6 tygodnia w HCMC a Ci, których uczyłam 2 tygodnie w Thanh Hoa. Relacjonują mi jak poszedł test albo opisują jak tęsknią, a w czwartek dostałam smsa od jednego nich, że ogląda mecz.
Niektórzy próbują uruchomić swoje kontakty i załatwiać mi jakąś pracę na wrzesień – zobaczymy, co będzie, może rzeczywiście wrócę tam za 2 miesiące?
Mimo gorącej pogody, braku europejskiego jedzenia, małych rozmiarów ubrań czy większości ludzie nieznających angielskiego wciąż mi się tam podoba; w tym kraju potrafię wyobrazić sobie siebie, jako nauczycielkę (w Polsce już niestety nie do końca).
Kto wie, kiedy Maria powróci do Wietnamu?

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Thu Bay, 4 Thang Sau 2012


       We wtorek kończy się moja wietnamska przygoda. Zostałam zwolniona. Najpierw podano absurdalny powód, że studenci mnie nie rozumieją (nie jest to prawdą. Ponad 80 osób z 96 mnie rozumie - sami mówili, że rozumieją, bo specjalnie mówię do nich bardzo powoli). Po tym jak się nie zgodziłam z tą opinią powiedziano mi, że projekt jest sponsorowany i zarządzany przez rząd Wietnamu. Firma, która mnie zatrudnia jest tylko podwykonawcą a rząd powiedział, że chcą tylko native speakerów i nie liczy się to, że mam magistra (świetnie, nieprawdaż?). Moi studenci jak tylko się dowiedzieli to szeptem do ucha powiedzieli mi, że to pewnie też nie jest do końca prawda, i że prawdopodobnie chodzi o pieniądze (jak w przypadku poprzedniej nauczycielki). Prawdziwego powodu nie poznam nigdy.
Szef za to zgodził się dołożyć się do biletu ( ok. 1/3). Dobre i to.
O  18.40 ląduję w Warszawie! :D

Thu Hai, 4 Thang Sau 2012


       Wczoraj pani Hoa zabrała mnie do fryzjera celem umycia głów. Pomyślicie burżujstwo – nic bardziej mylnego – tanie (ok. 2 dolarów) i bardzo odprężające. Mycie zaczynają na sucho. Nakładają szampon oraz garść wody i tak szorują. Po 5 minutach hop na fotel przy umywalce i tutaj się zaczyna relaks – 30 minut mycia z masażem głowy, szyi i twarzy. Przy czym najpierw dokładnie myją twarz a nawet uszy! Tak dokładnie wyszorowanej i wymasowanej głowy to chyba nigdy nie miałam.

niedziela, 3 czerwca 2012

Chu Nhat, 3 Thang Sau 2012


       Dziś w nocy słyszałam jak lał deszcz. Gdy wstałam mym oczom ukazał się taki widok.

Minęło 7h a poziom wody nie spadł.

sobota, 2 czerwca 2012

Thu Bay, 2 Thang Sau 2012


       W drodze powrotnej do TH kupiłyśmy przekąskę, której nazwy nie pamiętam. Jest to zabarwiona na czarno mąka ryżowa z sezamem a w środku nadzienie z zielonego groszku. Wszystko zawinięte w liście bananowca. Bardzo smaczne!


W sobotę o koło południa studenci zabrali mnie do restauracji serwującej mięso z psa. Na talerzu widać pieczone serce oraz pośladki (nie pamiętam nazwy tej części mięsa). Do tego sos krewetkowy (to szare) oraz kawałki trawy cytrynowej. Sos krewetkowy śmierdział a mięso smakowała dziwnie… 
Zdecydowanie wołałam drugą opcję, którą podano nam po kilkunastu minutach – grillowane mięso.
A na zdjęciu jeden z moich studentów – pan Vu.
A tu uczę moich studentów polskiego sposobu picia. Pan Hoá stał się tym samym Hoá a ja Marią zamiast panną Marią.
 Oni za to nauczyli mnie jeszcze bliższego picia, które przetłumaczyli jako "spring in the mountains" czyli źródełko w górach. Niestety zdjęcia nie posiadam.

Od razu zaznaczam, że wszelkie oburzenie będzie ignorowane. Zjadłam psinę żeby spróbować tego, co jest tradycyjne w regionie. Psy są hodowane na farmie a nie łapane z ulicy.

Thu Bay, 2 Thang Sau 2012


       Dawno niczego nie napisałam a wydarzyło się ostatnimi czasy całkiem sporo.

    W piątek 25 maja w czasie lunchu pani Hoa zapytała, czy nie miałabym ochoty pojechać z nią na weekend do jej rodzinnego domu odwiedzić rodziców, męża i dzieci. Zgodziłam się i już o 15 wsiadłyśmy w busa do Ba Thuoc. W trakcie 3 godzin podróży przekonałam się, że moje wcześniejsze doświadczenia ze stanem wietnamskich dróg dotyczą tylko i wyłącznie południa, (której jest bogatsze i bardziej cywilizowane). Tutaj drogi bywają w duuuużo gorszym stanie. Zwłaszcza, że jechałyśmy do bardziej górzystego rejonu.

Na miejscu okazało się, że jej dom to nie do końca dom a jak sama określiła - bungalow.
Z okazji mojej wizyty zaplanowała wycieczki i tym podobne atrakcje. 
     Najpierw śniadanie w pobliskim domu. Nie wiem jak to nazwać, ani to restauracja ani kantyna tylko po prostu kobieta wystawia przed dom sprzęt kuchenny stawia stół i sprzedaje śniadania.
Ciasto ryżowe jak na makaron przygotowywane na parze – po zdjęciu posypywane suszonym, mielonym mięsem oraz siekanymi grzybami (czasem dodają makaron) zawinięte oraz posypane smażoną na złoto i wysuszona cebulą. Macza się to w sosie rybnym – bardzo smaczne i sycące.
        Następnie wycieczka do miejsca gdzie znajdowała się cytadela dynastii Ho. Bramy zbudowane ok. XIV wieku z wielkich kamiennych bloków – sami Wietnamczycy dziwią się jak to było robione. Dużo ludzi zginęło podczas tej budowy z wycieńczenia, ale trzeba przyznać, że robi wrażenie. Funkcja: obrona stolicy przed Chińczykami – obecnie muzeum oraz pola ryżowe. 



      Kolejne miejsce to, coś w rodzaju rezerwatu, który można po polsku nazwać „rybny strumień”. Podobno roi się od ryb. Niestety z powodu nocnej ulewy woda była błotnista i nie było zbyt wiele widać poza cieniami grzbietów.

Za to można było podziwiać małe świątynie m.in. ducha węża oraz koguta z kolczykiem w uchu (?).
Ludzie wierzą, że kto skrzywdzi te ryby tego czeka pech i zemsta ducha węży…

 Wracając kupiłyśmy kwiat bananowca oraz paproć (na obiad).
  A jak ktoś bardzo lubi to można sobie zakupić taką kiść bananów.
 
A tutaj drzewa w ogrodzie pani Hoa. Wysokie bambusy oraz drzewo obrośnięte jednym z moich ulubionych owoców – jackfruit.

     Następnego dnia śniadanie i powrót do Thanh Hoa. A po drodze widać jak ludzie zbierają ryż i gdzie go suszą. Jak widać robią to na brzegu jezdni. Suszą tak i ryż y słomę.

wtorek, 29 maja 2012

Thu ba, 29 Thang Nam

Zauważyłam, że od tygodnia nic się tutaj nie pojawiło - po prostu nie mam czasu. Praca od 7.30 do 15 lub 17 (z przerwami 30 minutowymi plus 1 - 2,5h na lunch). Po zajęciach jogging lub badminton, kolacja i przygotowanie następnych zajęć. Może jutro lub pojutrze uda mi się coś w końcu tu wrzucić bo to już prawie 2 tygodnie w Thanh Hoa a ja byłam na wycieczce... :)

wtorek, 22 maja 2012

Thu Ba, 22 May 2012


       Dzisiaj miałam zajęcia z nową grupą. Poziom języka podstawowy to w niektórych przypadkach duuużo powiedziane.
Na początku się przedstawiłam, podałam kraj, miasto, podstawowe dane demograficzne oraz kilka szczegółów nt. mojego wykształcenia. Potem pytania od studentów (2 kobiety i 19 mężczyzn).
Jak duża jest Twoja rodzina?
Ile jesteś w Wietnamie?
Czy lubisz wietnamską kuchnię? – standardy.
Po kilku minutach odezwał się stosunkowo najmłodszy z nich:
S1: Jaki jest Twój numer telefonu?
Ja: (Podałam)
S1: Gdzie w Thanh Hoa mieszkasz?
Ja: Na terenie kampusu.
S1: A w którym akademiku?
Ja: N2
S1: A jaki numer pokoju, to Cię odwiedzę.
Ja: Nie podam! Ale mogę powiedzieć, że mieszkam obok pana Hunga.
Tutaj odezwał się jego kolega:
S2: A co myślisz o wietnamskich mężczyznach?
Ja: (chwila wahania) Są dla mnie zbyt niscy.
S2: Ale ja Ci mogę znaleźć wysokiego! Chcesz mieć męża z Wietnamu?
Ja: Nie, dziękuję!
S2: Ale naprawdę znajdę Ci wysokiego mężczyznę!

Wbrew pozorom rozmowa była prowadzona wyłącznie z mężczyznami. Ponadto chyba do ich grupy jeszcze nie dotarła plotka, że mam chłopaka. Podczas meczu 2 z nich zapytało o chłopaka a ja powiedziałam, że nie mam chłopaka, ale były chłopak był piłkarzem – widać nie zrozumieli. Dla bezpieczeństwa postanowiłam nie dementować.

poniedziałek, 21 maja 2012

Thu Hai, 21 Thang Nam 2012

       Jeden z kursantów zapytał czy mam ochotę pobiegać. Zgarnęliśmy drugiego nauczyciela i ruszyliśmy  na zmianę chodząc i biegając po kampusie. W pewnym momencie zauważyliśmy jakichś chłopaków na skuterze zmierzających w naszym kierunku. Jednak zamiast skręcić w prawo chłopaki się zapatrzyli i z podskokiem wjechali na trawnik krzycząc w naszą stronę "hello!"
Komentarz Hunga: "Maria, jesteś dość zaskakującym zjawiskiem na tym terenie."

Bonus z HCMC - tort od uczniów z grupy Speak up 2

niedziela, 20 maja 2012

Chu Nhat, 20 Thang Nam 2012


       Panowie zabrali mnie na mecz. Domyślałam się, że nie będziemy siedzieli na zwykłej trybunie – w końcu nie są to zwykli mieszkańcy tego miasta, ale to gdzie siedzieliśmy przerosło moje domysły. Trybuna VIP wygląda inaczej niż ta, na której zazwyczaj siedzę swoim mieście. Tutaj są to wygodne krzesełka a najlepsze jest to, że siedzą na niej sami radni/ rządcy/ włodarze + ja oraz kilka zawodników, którzy nie grali.
   2 rzędy przede mną siedzieli najważniejsi – stół przykryty obrusem oraz woda w szklankach, (co kilkanaście minut uzupełnianych przez sympatyczne panie). Przed bramką prowadzącą na tą trybunę policja (raczej żołnierz, ale nie mogłam się dogadać w tej sprawie z moim kursantem).

   W „naszej drużynie” kilku zagranicznych piłkarzy, z czego jeden, jak donosi wikipedia, skazany na 2 lata za przestępstwa seksualne w Norwegii. Niby superliga a jednak mecz dość wolny – czasem tylko się przebudzali i były bardzo szybkie i ciekawe akcje. Wygraliśmy 2: 1 - jeden gol zdobył niezwykle szybki i zwinny zawodnik z nrem 80 - Sunday C. Emanuel (Nigeria) a drugi Wietnamski zawodnik z nrem 19 po dośrodkowaniu 80tki. Tutaj można sobie poczytać ;) o dzisiejszym meczu.

Chu Nhat, 20 Thang Nam 2012


       Podczas pewnego szkolenia Ho Chi Minh prowadzący powiedział, że lepiej niczego nie oczekiwać, bo wtedy nic nas nie zawiedzie. Pomagając innym nie oczekiwać niczego w zamian, dając prezent nie oczekiwać podziękowań czy zachwytu, jadąc w nowe miejsce nie wyrabiać sobie wcześniejszych opinii. Po niespełna 4 dniach w Thanh Hoa myślę, że chyba miał rację – a przynajmniej w jakimś stopniu. W dalszym ciągu oczekuję i będę oczekiwała „dziękuję” za prezent czy przysługę, ale raczej przestanę wyrabiać sobie opinię nt. miejsc/ ludzi itp.
Przyjeżdżając do tego miejsca byłam pewna, że mieszkanie zapewnione przez pracodawcę to normalny pokój z lodówką, szafą, łóżkiem, biurkiem i łazienką – żadne luksusy – po prostu zwykły pokój. Nie byłam przygotowana na brak wody, ale jak widać można się do tego przyzwyczaić. To, że wyłączają wodę przestało na mnie robić wrażenie po 2 dniach, gdy nazbierałam sobie wystarczająco w miskę (mam dostać jeszcze dodatkowy pojemnik) oraz otrzymałam zaproszenie jednej ze studentek do korzystania z jej łazienki. Na uniwersytecie są równi i równiejsi – oczywiście oficjele, których uczę są tymi równiejszymi i ich akademik ma zawsze wodę. Mój akademik ma wodę zazwyczaj rano i przez jakiś czas wieczorem – prysznic biorę, gdy tylko zauważę wodę w kranie ;)

       Dzisiaj zadzwonił jeden ze studentów z pytaniem o moje plany, po czym zaprosił mnie na lunch. Jak się okazało zaprosił też nauczyciela, który mieszka obok mnie (Wietnamczyk z Ho Chi Minh). Na miejscu była jego rodzina a świętowaliśmy 4. urodziny jego syna. Miło, sympatycznie, smacznie i z odwiezieniem do domu. Pan Hung (w/w nauczyciel) powiedział mi, że to się bardzo często zdarza, że zapraszają nauczycieli na lunch czy kolację. Opłaca się obracać wśród oficjeli (każdy to po cichu powtarza).

Gadżety google mówią, że jest 31ºC, strona wunderground.com podaje 34ºC, Wietnamczycy mówią, że jest więcej, i że to bardzo gorąco – nie czuję.

A za 2 h panowie studenci zabierają mnie na mecz piłki nożnej tutejszej drużyny (superliga).

piątek, 18 maja 2012

Thu Sau, 18 Thang Nam 2012


       Wczoraj sobie poobserwowałam 1 zajęcia w po południu pojechałam z jednym nauczycielem do supermarketu. Kupiłam gumowe rękawice i wyszorowałam pokój na łazienkę niestety nie starczyło już wody… O 19 woda znikła i do tej pory jej nie ma… Szlag mnie jasny trafił. Ręce i twarz umyłam wodą do picia a resztę ciała wytarłam mokrymi chusteczkami. Płakać mi się chce ze złości.
A jeśli chodzi o studentów to jest ok. Niektóry pokazują mi, że jestem od nich młodsza a niektórzy traktują mnie jak zwykła nauczycielkę. Może nie będzie to walka o przetrwanie…

Boże! Potrzebuję prysznica!!!!!!!!!!
-----------------------------------------------------------
UPDATE:
       Gdy o 13 okazało się, że dalej nie ma wody to się wkurzyłam. Poszłam do biura i powiedziała, że to nie są warunki do życia. Powiedzieli, że naprawią to po weekendzie a w miedzy czasie mogę spać w pokoju jednej z moich studentek (w 1 budynku kampusu jest woda!), bo ona wyjeżdża na weekend i chętnie da mi klucze.
W między czasie zadzwoniłam jeszcze do szefa, z którym podpisałam kontrakt. Po 3h zajęć zadzwonił do mnie kierownik i powiedział, że szef "zmył mu głowę", i że woda ma wrócić dziś w nocy, przepraszają itp. Jeśli jeszcze raz się to powtórzy to wtedy będę musiała albo zamieszkać z moją studentką albo przenieść się do innego kampusu (oddalony o jakieś 7-10km).
   Studenci dalej całkiem spoko. Sekretarka powiedziała mi, że jeśli będę miała jakikolwiek problem w mieście lub trzeba będzie coś oficjalnego załatwić, to student w mojej klasie jest oficjelem właśnie z naszego rejonu.

czwartek, 17 maja 2012

Thu Tu, 17 Thang Nam 2012


       Nie chciałabym od razu skreślać tego miejsca lub czegokolwiek przesądzać, ale już pierwsze wrażenie było złe… Niby na mnie czekali, ale jak przyszło, co, do czego to czekałam pod bramą 15 minut, pokój, który dla mnie „przygotowano” był brudny a jakiś mały Wietnamczyk próbował mi wmówić, że pokój został gruntownie sprzątnięty – bzdura! Pościel niezmieniona, podłoga nawet niezamieciona (nawet nie próbuję myśleć, kiedy była zmywana na mokro), lodówka brudna, łazienka koszmar a najlepszy z tego wszystkiego był brak wody. Telefon do człowieka, z którym podpisałam kontrakt – noc w hotelu. To nie jest miejsce, które wybrałabym gdybym wiedziała jak to naprawdę wygląda.
   Klasy niby z klimatyzacją i komputerami, ale ogólnie wygląda to na dużą prowizorkę.
Spotkałam też kierowniczkę kursu… Wymsknęło jej się, że po Jennifer (nauczycielce, która musiała awaryjnie wyjechać) był jeszcze jakiś Peter, który nie wytrzymał tygodnia. Zobaczymy, w co się wpakowałam…
Piękne urodziny sobie zgotowałam. :/

niedziela, 13 maja 2012

Chu Nhat, 13 Thang Nam 2012


       Blog w przyszłym tygodniu zmieni nazwę. W środę wylatuję z Ho Chi Minh City do Thanh Hoa Byłam już całkowicie przygotowana na wyjazd do domu. Kalendarz ma skreślony każdy dzień prowadzący do 17 maja, czyli daty lotu do Polski. Wczoraj zadzwoniłam do agencji ws. anulowania biletu.
W czwartek zadzwoniła do mnie pewna znajoma studentka, że jeśli chcę pójść na rozmowę kwalifikacyjna to właśnie pilnie poszukują nauczyciela w centrum językowym na uniwersytecie w Thanh Hoa – mieszkanie zapewnione – tylko tyle wiedziała. W piątek pojechałam na spotkanie i już w czasie rozmowy zaproponowano mi pracę i w zasadzie 1 dzień do namysłu. Kontrakt na 6 miesięcy z możliwością przedłużenia, pokrywają koszty przelotu oraz całkowity koszt zamieszkania. Praca 20-22h tygodniowo, 10km do plaży całkiem niezłe zarobki, uczniowie od poziomu elementary – pre-intermediate, (czyli podstawowy) do upper-intermediate – advanced (zaawansowany) – celem jest zaliczenie egzaminu IELTS.
W tym momencie Polska na horyzoncie w okolicach listopada…

czwartek, 10 maja 2012

Thu Nam, 10 Thang Nam 2012


       Wczoraj skończyłam kurs z jedną grupą – zaprosili mnie na pożegnalną kolację w najbliższy poniedziałek.
Dziś skończyłam zajęcia z kolejną grupą – jeden z uczniów powiedział: „Panno Mario, jesteś najlepszą nauczycielką angielskiego, jaką do tej pory miałem.”
Tylko 1 zdanie a uśmiech od ucha do ucha, a z dumy urosłam o kilkanaście centymetrów.
Jedna z uczennic zaproponowała wspólny wypad na targ po jakieś owoce, które mogłabym zabrać do Polski.
Bardzo miłe zakończenie kilku kursów!

ZAPOMNIAŁAM!

Michał oraz Zmorka – mieliście rację – makaron, a dokładniej noodle ryżowe z tapioką. :D

poniedziałek, 7 maja 2012

Thu Hai, 7 Thang Nam 2012


       Większość ludzi, którzy dowiadują się, że jestem w Wietnamie reaguje tak samo: „Gdzie???”
Zanim wyjechałam część ludzi reagowała tak: „Wietnam? Przecież to koniec świata! Trzeci świat! Wietnamczycy przyjeżdżają do pracy do Polski a Ty jedziesz do nich?”
Ja nastawiałam się na kompletnie inną rzeczywistość niż Polska i rzeczywiście tak jest. Ludzie żyją tutaj innymi priorytetami, kuchnia też jest zupełnie inna. Pozorny bałagan ma w sobie sens, który widać dopiero, gdy zamieszka się tutaj a nie wpada na kilka dni. Poza tym Wietnam to nie trzeci świat… Drogi mają lepsze niż Polska. 3 dni temu widziałam lekko pofałdowaną jezdnię w pobliżu mojego domu. Wieczorem została zdarta wierzchnia warstwa a gdy wracałam ok. 22 stały już maszyny oraz 6 ciężarówek asfaltu. Następnego dnia naprawiony był ok. kilometr na ¾ szerokości oraz zdarta nawierzchnia na kolejnym kilometrze. Da się naprawić główną drogę w środku nocy! Ciekawe, kiedy Polacy do tego dojdą…

czwartek, 3 maja 2012

Thu Nam, 3 Thang Nam 2012


       W długi weekend (przypada mniej więcej w tym samym czasie, co w Polsce) udaliśmy się na wycieczkę deltą Mekongu (2 największa na świecie delta). Najpierw posłuchaliśmy na żywo wietnamskiej kapeli zgodnie orzekając, że to zdecydowanie nie nasze (Polska, Niemcy, Indie, Francja) klimaty.

Następnie przepłynęliśmy kawałek łódkami.

Aż do fabryki cukierków robionych z kokosów z różnymi dodatkami – ręczna manufaktura.

Do tego pyton na ramionach dla chętnych.

Po obiedzie dobiliśmy do hotelu w Can Tho. Jedno z największych miast. Tutaj wybraliśmy się z chłopakami na wycieczkę po mieście pamiętając o tym, że 23 zamykają hotel… Trafiliśmy na otwarcie wegetariańskiej knajpy a że Himanshu nie je mięsa ani ryb to postanowiliśmy mu towarzyszyć – jedzenie pierwsza klasa!
Połaziliśmy sobie po nabrzeżu pozując przy pomniku wujka Ho.

Później dobiłam targu kupując portfel za 80k vnd. Po chwili rozmowy dziewczyna poprosiła mnie o maila a ja nieświadomie przestawiłam imię i nazwisko… (dawno nikomu nie podawałam).

O 23 stawiliśmy się do hotelu i po dogadaniu ze stróżem zyskaliśmy 1,5h – z drinkami przed hotelem. Piliśmy colę z lodem i wódką za 25k (kilka centów niż 1$). Wódka bardzo nas zaskoczyła, bo mimo 39% okazała się delikatna – niestety nie udało się jej już kupić.

Następnego dnia pobudka 5.55 i wycieczka na dryfujący targ. Okazało się to zupełnie inną rzeczą niż się spodziewałam. Myślałam, że to będą małe łódeczki z owocami, warzywami, rybami, itp. a to, co zobaczyliśmy okazało się hurtownią owoców i warzyw…


Później udaliśmy się do Chau Doc – miasto na granicy z Kambodżą. Malutkie to jak nie wiem. I jeszcze większe zdziwienie niż w Can Tho – hotel zamykają ok. 21.40…
Nie było innej opcji jak wrócić o tej właśnie porze.
Z samego rana udaliśmy się łódkami do miejsca gdzie mieszkają wietnamsko-kambodżańscy muzułmanie (bardzo rzadko spotykane w Wietnamie).

A następnie na dryfującą fermę ryb. Sporo ludzi mieszka tam na pływających domach – ciekawie to wygląda.

Na koniec pojechaliśmy do pagody zbudowanej w skałach – bardzo ładne miejsce.

Ponieważ nie pamiętam, co dokładnie po czym następowało tutaj dodam jeszcze wizytę w wielkim sadzie owocowym - tutaj ja z dragon fruit.

Oraz fotka z fermy krokodyli. Posiadają ich 15.000 sztuk. Można sobie u nich kupić 1-rocznego krokodyla za 50$, i jak to określiła przewodniczka, trzymać w wannie.

W między czasie byliśmy w jeszcze jednej fabryce/ manufakturze. Ktoś zgadnie, co to jest?

piątek, 27 kwietnia 2012

Thu Sau, 27 Thang Tu 2012


Dzisiaj zdjęcia. Raczej niepowiązane ze sobą.
Zaczynamy z panią od pikantnego papieru ryżowego. Angielskiego nie zna ani troszkę, ale ponieważ ja znam już parę słów po wietnamsku a przede wszystkim znam cyfry to powiedziała mi, że ma 32 lata, jej córka ma 13 lat (wygląda na jakieś 16 – zupełnie bez makijażu) a syn 18. Po chwili przyprowadziła też swoją siostrę, która ma 45 lat (nie wygląda; dałabym jej max 40 lat). Porównały też moją białą skórę ze skórą w/w siostry… Przegrałam! Ona ma bielsze ręce. Nogi mamy takie same. Ja na ulicy kompletnie się nie zakrywam, więc rzeczywiście ręce mi ciemnieją. Wietnamki chodzą tu całkowicie zasłonięte w ciągu dnia (a przynajmniej do ok 16) – upał 37ºC a one w bluzach i kapturach lub kapeluszach.

A to jest właśnie to, co u niej zawsze jemy.

Oraz czasem popijamy (kiedy nie ma 333 lub Sajgon).

To miejsce odkryłam nie dawno. Yougurt Space – 10 minut od mojego domu (tutaj wszystko jest o 10 minut od mojego domu :P). Wg. Wietnamczyków są to mrożone jogurty w rożnych smakach  - wg. mnie i Mateusza są to lody z automatu w różnych smakach. Bierze się kubeczek, samemu wybiera i pobiera ile dusza zapragnie, posypuje, czym chce a potem stawia na wagę i płaci 23.000vnd za 100g.

Kontynuując jedzeniowo. Oprócz pikanych przekąsek czy mrożonych jogurtów można zjeść coś na ulicy:) w gronie znajomych.

Pewnego dnia zaczęłam iść główną ulicą w dół. Ulica zmieniła nazwę a ja nagle znalazłam się w dystrykcie 5 – Chinatown. Sklepy m.in. pełne przypraw – wspaniałe zapachy, których za nic nie mogłam rozpoznać ze 100% pewnością.

Na ulicy można tez spotkać ludzi, którzy sprzedają żywe zwierzęta. Pięknie i ciekawie to wygląda na zdjęciu a w rzeczywistości ludzie stoją na słońcu osłonięci swoimi kapeluszami a zwierzęta ledwo żyją. Pierwszy raz widziałam żeby ptak tak szybko oddychał otwartym dziubkiem…

A tutaj zadbany pas zieleni przed galerią handlowa i rezydencjami. Prawda jest taka, że w HCMC niezwykle dbają o zieleń. CO wieczór można zobaczyć cysterny z wodą polewające równiusieńko przystrzyżone ronda i pasy zieleni oddzielające jezdnia na autostradzie.

A na koniec 1 z lekcji z moimi studentami. Odrobina medycyny. Każdy dostał kość i musieli na tablicy złożyć Jamesa :) W 12 osobowej grupie było 3 lekarzy. :)