Najpierw będzie odrobinę targowo i kulinarnie. Ostatnio na
pobliskim targu poszłam w prawo zamiast w lewo i napotkałam m.in. takie oto produkty:
Suszone ryby (węgorz + coś jeszcze, czego nie znam –
zaskakujące, nieprawdaż?)
Z tego, co się dowiedziałam, to one nie nadają się do
jedzenia od tak. Trzeba je jeszcze upiec np. w piasku na ognisku lub np. usmażyć
na patelni z innymi dodatkami.
Ponadto mamy jakieś ptaszyska (na 100% nie są to kurczaki).
Małe mątwy (?)
Oraz pięknie powiązane raki! :)
Zaraz przy targu wpadłam z M. na lekka przekąskę – Banh Khot.
Wygląda to jak ptasie gniazdo. W środku jest złoty ryż oraz krewetka.
Później spotkałam się z Xuyen i na straganiku obok jej domu zobaczyłam
coś, co wygląda jak białe pomidory (oczywiście to nie są pomidory – nie wiem,
co to – Xuy nie potrafiła mi wyjaśnić).
Garaż przetwarzający soję na mleko oraz serwatkę z soi (nie
wiem jak to nazwać) – świeżą i zanurzona w oleju na kilka sekund.
Po zakupach spożywczych zabrałyśmy się z Xuy za gotowanie. Warzywo
na zdjęciu ( khổ qua - Przepękla ogórkowata) jest z natury bardzo gorzkie, ale jest na to sposób –
można przyrządzić z niego Canh khổ qua nhồi thịt.
Najpierw wybiera się cały środek z ziarnami. Po 3 minutach
we wrzącej wodzie, wyjmujemy, studzimy i faszerujemy mięsem mielonym zmieszanym
z malutką, fioletową cebulą, czosnkiem, solą i pieprzem.
Następnie z powrotem do wrzącej wody na ok. 15 minut. W
między czasie dodajemy do wrzącej wody szczypiorek oraz odrobinę pietruszki.
Jemy z ryżem, sosem rybnym z chilli (jak zawsze) i z czym
tam jeszcze chcemy – na zdjęciu m.in. tofu i krewetki.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz