Dawno niczego nie napisałam a wydarzyło się ostatnimi czasy
całkiem sporo.
W piątek 25 maja w czasie lunchu pani Hoa zapytała, czy nie
miałabym ochoty pojechać z nią na weekend do jej rodzinnego domu odwiedzić
rodziców, męża i dzieci. Zgodziłam się i już o 15 wsiadłyśmy w busa do Ba
Thuoc. W trakcie 3 godzin podróży przekonałam się, że moje wcześniejsze
doświadczenia ze stanem wietnamskich dróg dotyczą tylko i wyłącznie południa,
(której jest bogatsze i bardziej cywilizowane). Tutaj drogi bywają w duuuużo
gorszym stanie. Zwłaszcza, że jechałyśmy do bardziej górzystego rejonu.
Na miejscu okazało się, że jej dom to nie do końca dom a jak
sama określiła - bungalow.
Z okazji mojej wizyty zaplanowała wycieczki i tym podobne
atrakcje.
Najpierw śniadanie w pobliskim domu. Nie wiem jak to nazwać,
ani to restauracja ani kantyna tylko po prostu kobieta wystawia przed dom
sprzęt kuchenny stawia stół i sprzedaje śniadania.
Ciasto ryżowe jak na makaron przygotowywane na parze – po zdjęciu
posypywane suszonym, mielonym mięsem oraz siekanymi grzybami (czasem dodają
makaron) zawinięte oraz posypane smażoną na złoto i wysuszona cebulą. Macza się
to w sosie rybnym – bardzo smaczne i sycące.
Następnie wycieczka do miejsca gdzie znajdowała się cytadela
dynastii Ho. Bramy zbudowane ok. XIV wieku z wielkich kamiennych bloków – sami
Wietnamczycy dziwią się jak to było robione. Dużo ludzi zginęło podczas tej
budowy z wycieńczenia, ale trzeba przyznać, że robi wrażenie. Funkcja: obrona
stolicy przed Chińczykami – obecnie muzeum oraz pola ryżowe.
Kolejne miejsce to, coś w rodzaju rezerwatu, który można po polsku nazwać „rybny strumień”.
Podobno roi się od ryb. Niestety z powodu nocnej ulewy woda była błotnista i
nie było zbyt wiele widać poza cieniami grzbietów.
Za to można było podziwiać małe świątynie m.in. ducha węża
oraz koguta z kolczykiem w uchu (?).
Ludzie wierzą, że kto skrzywdzi te ryby tego czeka pech i
zemsta ducha węży…
Wracając kupiłyśmy kwiat bananowca oraz paproć (na obiad).
A
jak ktoś bardzo lubi to można sobie zakupić taką kiść bananów.
A tutaj drzewa w ogrodzie pani Hoa. Wysokie bambusy oraz
drzewo obrośnięte jednym z moich ulubionych owoców – jackfruit.
Następnego dnia śniadanie i powrót do Thanh Hoa. A po drodze
widać jak ludzie zbierają ryż i gdzie go suszą. Jak widać robią to na brzegu
jezdni. Suszą tak i ryż y słomę.















lubię banany ale takiej kiści chyba bym nie dała rady :D
OdpowiedzUsuń