sobota, 2 czerwca 2012

Thu Bay, 2 Thang Sau 2012


       Dawno niczego nie napisałam a wydarzyło się ostatnimi czasy całkiem sporo.

    W piątek 25 maja w czasie lunchu pani Hoa zapytała, czy nie miałabym ochoty pojechać z nią na weekend do jej rodzinnego domu odwiedzić rodziców, męża i dzieci. Zgodziłam się i już o 15 wsiadłyśmy w busa do Ba Thuoc. W trakcie 3 godzin podróży przekonałam się, że moje wcześniejsze doświadczenia ze stanem wietnamskich dróg dotyczą tylko i wyłącznie południa, (której jest bogatsze i bardziej cywilizowane). Tutaj drogi bywają w duuuużo gorszym stanie. Zwłaszcza, że jechałyśmy do bardziej górzystego rejonu.

Na miejscu okazało się, że jej dom to nie do końca dom a jak sama określiła - bungalow.
Z okazji mojej wizyty zaplanowała wycieczki i tym podobne atrakcje. 
     Najpierw śniadanie w pobliskim domu. Nie wiem jak to nazwać, ani to restauracja ani kantyna tylko po prostu kobieta wystawia przed dom sprzęt kuchenny stawia stół i sprzedaje śniadania.
Ciasto ryżowe jak na makaron przygotowywane na parze – po zdjęciu posypywane suszonym, mielonym mięsem oraz siekanymi grzybami (czasem dodają makaron) zawinięte oraz posypane smażoną na złoto i wysuszona cebulą. Macza się to w sosie rybnym – bardzo smaczne i sycące.
        Następnie wycieczka do miejsca gdzie znajdowała się cytadela dynastii Ho. Bramy zbudowane ok. XIV wieku z wielkich kamiennych bloków – sami Wietnamczycy dziwią się jak to było robione. Dużo ludzi zginęło podczas tej budowy z wycieńczenia, ale trzeba przyznać, że robi wrażenie. Funkcja: obrona stolicy przed Chińczykami – obecnie muzeum oraz pola ryżowe. 



      Kolejne miejsce to, coś w rodzaju rezerwatu, który można po polsku nazwać „rybny strumień”. Podobno roi się od ryb. Niestety z powodu nocnej ulewy woda była błotnista i nie było zbyt wiele widać poza cieniami grzbietów.

Za to można było podziwiać małe świątynie m.in. ducha węża oraz koguta z kolczykiem w uchu (?).
Ludzie wierzą, że kto skrzywdzi te ryby tego czeka pech i zemsta ducha węży…

 Wracając kupiłyśmy kwiat bananowca oraz paproć (na obiad).
  A jak ktoś bardzo lubi to można sobie zakupić taką kiść bananów.
 
A tutaj drzewa w ogrodzie pani Hoa. Wysokie bambusy oraz drzewo obrośnięte jednym z moich ulubionych owoców – jackfruit.

     Następnego dnia śniadanie i powrót do Thanh Hoa. A po drodze widać jak ludzie zbierają ryż i gdzie go suszą. Jak widać robią to na brzegu jezdni. Suszą tak i ryż y słomę.

1 komentarz: